Praca z młodym koniem na lonży część 2

64961767_2908156292742792_1456486335639453696_n.jpg

Fot. Kinga Karolina

Przeczytaj: Praca z młodym koniem na lonży część 1

Na końcu poprzedniego postu z tej serii wspomniałam, że najbardziej problematyczny jest sam początek pracy z koniem na lonży. Początek współpracy, gdy zwierzę nie rozumie jeszcze naszych sygnałów, jest sporym wyzwaniem. Koń nie rozumiejąc naszego przekazu odpowiada błędnie na działania opiekuna. I tak na przykład, mając podczepioną lonżę do ogłowia (obojętnie w jaki sposób) koń zawsze odruchowo będzie próbował za nią ciągnąć. A przy niewłaściwym poruszaniu się po kole będzie się na niej uwieszał, zadając sobie przy tym ból. Pisałam o tym w poprzednim poście. Żeby nie dopuścić do ciągnięcia za linęi pracując nad prowadzeniem prostego jak dyszel konia po kole, człowiek musi dawać zwierzęciu krótkie i powtarzane sygnały. Sygnały namawiające przód kłody zwierzęcia do korygowania ustawienia względem trasy marszu. Sygnały równocześnie zabraniające ciągnięcia za linę i uwieszenia się na niej. Powtarzanie sygnału i krótki czas trwania pojedynczych pociągnięć za lonżę uniemożliwi albo przynajmniej utrudni zwierzęciu możliwość siłowego ciągnięcia za jej drugi koniec.

Podczas pracy na wędzidle łatwo zauważyć, że próbując ciągnąć za lonżę wierzchowiec zadaje sobie ból w pysku. Łatwo, bo po prostu z bólu go otwiera. Jeżeli człowiek w tym momencie zaprze się z drugiej strony lonży i pozwoli na jej stałe maksymalne naprężenie, to wówczas przyczyni się on do zadawania ciągłego i nieustającego bólu. Jak już w innym poście napisałam, ludzie szybko poradzili sobie z otwieranym z bólu pyskiem konia – po prostu zaczęli go zawiązywać. Bardziej wrażliwi i nie znoszący widoku otwartej albo zawiązanej paszczy zwierzęcia używają do pracy z podopiecznym innych kiełzn kawecany, kantary, haltery. Nie miejcie jednak złudzeń – przy nieprawidłowej pracy i na bezwędzidłowych kiełznach koń będzie się uwieszał na lonży. Będzie odczuwał taki sam ból, tylko nie w pysku a na kości nosowej i na policzkach.

Podczas początkowej pracy z młodym koniem problemem będzie to, że nawet krótkie i powtarzane pociągnięcia za lonżę nie będą zbyt przyjemne dla podopiecznego próbującego „złapaći ciągnąć jeden z końców lonży. Tym bardziej, że czasami siła z jaką opiekun powinien pracować lonżą musi być adekwatna do siły z jaką nasz podopieczny próbuje ciągnąć za drugi jej koniec. A jak wszystkim wiadomo, koń to silne zwierzę – jeżeli zawiesi się na niej i pociągnie z dużą siłą, to osoba lonżująca musi również zadziałać z użyciem sporej siły. Pracując z młodym koniem, celem opiekuna i nauczyciela musi być namawianie i uczenie zwierzęcia, by tej siły w rozmowie” z człowiekiem nie używał. Jak tego dokonać? Człowiek powinien skupić się na kierowaniu „dyszlem” od zadniej strony – na kierowaniu końskim zadem. To tam nasi podopieczni mają kierownicę. Jeżeli zwierzę zrozumie, że ma przestawiać zad w odpowiedzi na sygnał dawany batem, to rozmowa z jego przodem będzie mogła być subtelna i delikatnie korygująca.

Tu jednak pojawia się kolejny problem. Młody koń nie ma pojęcia jaki przekaz niesie za sobą bat skierowany na jego zad. Bat, którym człowiek macha w kierunku tyłu zwierzęcia. Zawsze pierwszym odruchem konia będzie uciekanie od niego czyli przyśpieszanie tempa albo próba zwiększania koła. Czasami reakcją jest odwracanie się zadem w kierunku człowieka i odkopywanie zadnimi kończynami. Wszystkie trzy reakcje uczącego się wierzchowca prowokują go do jeszcze bardziej wyraźnego uwieszenia się na lonży. Zaczyna wówczas mocniej nakręcać się spirala popełnianych błędów.

Powinna nasunąć się wam teraz logiczna myśl: trzeba więc najpierw nauczyć podopiecznego, że od bata i sygnałów dawanych przy jego pomocy nie powinien on uciekać ani samowolnie przyśpieszać. Musi zrozumieć, że bat jest przedłużeniem ręki człowieka, która to ręka w migowym języku” przekazuje różne informacje różnym częściom jego ciała. Wielu z was przyjdzie też na myśl, że należy w takim razie konia nauczyć, żeby nie bał się bata czyli jak to powszechnie się mówi – odczulić go. Nauczcie konia, żeby się bata nie bał ale nie „odczulajcie” – i tu namawiam do przeczytania tego postu: Habilitacja z habituacji” (http://drequeen.pl/?p=196)

Brak strachu zwierzęcia przed batem jednak nie wystarczy do prowadzenia dialogu i świadomej z nim pracy. Konia trzeba nauczyć, by rozumiał, respektował i bez sprzeciwu wykonywał prośby o zwolnienie tempa – nawet wówczas, gdy opiekun działa podniesionym batem. Podczas pracy na lonży tymi sygnałami zwalniającymi jest głos lonżujacego opiekuna i pociągnięcia lonżą. Zazwyczaj osoby lonżujące, namawiając wierzchowca do zwolnienia tempa, opuszczają też bat w dół. A przy prośbie o przyspieszenie bat wędruje w górę. Przy takim podejściu bat zawsze będzie dla zwierzęcia przekaźnikiem sygnału: – idź szybciej. Żeby to zmienić, żeby poprzez bat można było przesyłać inne prośby (np. właśnie: – „przesuń zad”), opuszczanie bata nie może stanowić elementu sygnału namawiającego wierzchowca do zwolnienia tempa, przejścia do niższego chodu czy zatrzymania.

Ale jak nauczyć konia, by nie przyspieszał, gdy działamy batem? Niestety, praca nad tym nie obejdzie się bez wspólnego chodzenia i biegania. Chodzenia i biegania ramię w ramię”. I tu podejrzewam wiele z osób, które pokuszą się o przeczytanie tego postu pomyśli, że zwariowałam. Z koniem pracuje się tak, że bierze się bat, zapina lonżę i stoi w środku, a koń ma słuchać i biegać i już. Jak tego nie robi to trzeba zastosować join up dla połączenia „dusz”, a potem wypnie się go na jakiś patent. No a potem to już tylko wystarczy wsiąść. Tym osobom przypominam, że jeździectwo to dyscyplina sportu. Jest nią nawet wówczas, gdy ktoś jeździ konno tylko rekreacyjnie. Dyscyplina, w której dla osiągnięcia sukcesu małego czy dużego konieczny jest wysiłek fizyczny obu współpracujących żywych istot. Jazda konna jest jak taniec w parze, a nie jak jazda na rowerze. A taniec to stawianie kroków w równym rytmie. Jeżeli jeździec wypracuje równy rytm i tempo biegu z ziemi, bez konieczności siłowego trzymana partnera za łeb czy mordę, to regulowanietempa i rytmu podczas pracy z grzbietu konia będzie dużo mniejszym problemem. Jazda konna to zgranie i porozumienie fizyczne i psychiczne obu tańczących postaci a nie siłowe trzymanie i zmuszanie do ruchu jednej postaci przez drugą. Proponuję więc zadbać o swoją fizyczną kondycję i pobiegać trochę obok swojego podopiecznego dla dobra was obojga.

Wracając do tematu konieczne jest wspólne z koniem bieganie i chodzenie. Ale nie takie dla samego ruchu. Potrzebne jest takie, podczas którego będziecie uczyć się wspólnego języka. Jak uczyć wierzchowca? Cóż, niestety najlepiej na błędach. Jeźdźcy rezygnują z dawania sygnałów albo używania wielu pomocy, bo właśnie podopieczny popełnia błąd w reakcji na ich zastosowanie. Uczenie to niezliczona ilość powtórzeń sygnału i danego ćwiczenia, aż do pierwszej prawidłowej reakcji. Często jest to przypadkowa prawidłowa reakcja. Często koń na początku „domyśla się” jak prawidłowo powinien zareagować. I takie „przypadkowe” i „domyślne” reakcje zwierzęcia należy chwalić, żeby podopieczny mógł przez skojarzenie z pochwałą zapamiętać je. Dlatego, jeżeli wierzchowiec ucieka od bata, to nie należy go chować, odkładać i rezygnować z niego. Trzeba używać go, by zwierzę mogło przekonać się z czasem, że jest on tylko przedłużeniem ręki opiekuna. Ręki „niosącej” przeróżne informacje, prośby i polecenia.

Chodząc i biegając z koniem tuż obok niego, powinniście chcieć przede wszystkim, żeby podopieczny biegł tempem i rytmem zgodnym z waszym. Biegł i szedł bez samowolnego przyśpieszania i zwalniania. Biegł i szedł bez wieszania się na waszej ręce trzymającej wodze, uwiąz albo lonżę. Biegł i szedł bez „owijania się” wokół was i bez wchodzenia wam pod nogi. Ćwiczenie jest proste i nieraz już przeze mnie opisane. Lekkie pukanie bacikiem po zadzie namawia konia do marszu a pukanie bacikiem z przodu kłody zwierzęcia informuje go o tym, że nie wolno mu zbyt mocno przyspieszać, wieszać się na ręce człowieka i go wyprzedzać. Temu drugiemu sygnałowi powinny towarzyszyć krótkie i powtarzane pociągnięcia wodzami, uwiązem czy lonżą oraz sygnały dawane przez człowieka głosem. Najbardziej istotne w tym ćwiczeniu jest jednak wasza charyzma, upór i cierpliwość, by osiągnąć oczekiwany efekt. Efekt czyli prawidłową reakcję zwierzęcia. Reakcję, w której widać u niego zrozumienie prośby i niczym nie ograniczoną chęć jej wykonania.

Olga Drzymała

WESPRZYJ MNIE NA PATRONITE

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Reklamy

Koń nieskupiony i rozkojarzony – jak z nim pracować?

61830880_333112570687572_7908641981583065088_n

Fot. Kinga Karolina

Dzień dobry,
Mam pytanie na temat Pani posta „Panika wierzchowca a jego skupienie”. Zmieniłam miejsce treningów. Znajduje się ono na polu między pastwiskami ok. 500 m od stajni. Klacz na której jeżdżę to wg właścicielki Lewopółkulowy Esktrawetryk. Problemem nie jest jej strach (chyba) a raczej chęć powrotu na znane jej miejsce przez to jej skupienie na mnie i pracy spada do zera. Wykonuje mechanicznie moje polecenia, jest spięta, unosi wysoko głowę, ciągnie, przyspiesza, obserwuje otoczenie oraz stajnię, nawołuje inne konie, nie reaguje na moje prośby o rozluźnienie, opuszczenie szyi, itp. I tak całą godzinę potrafię ją prosić o jakikolwiek odpuszczenie i swobodną pracę. Jak z nią postępować aby poczuła się ze mną swobodnie i spokojnie oraz chętnie pracowała na ujeżdżalni. Tak samo jest w terenach. Co chwilę nawołuje oraz jest niepewna i chce wracać do domu. Dodam, że nie jest jakoś bardzo stadnym koniem. Ma jedną młodszą koleżankę, którą ustawia, reszta koni jej nie interesuje. Zmienia się to jak wychodzimy poza teren stajni. Nagle do wszystkich chce wracać i ze wszystkimi gadać”. Proszę o podpowiedź jak pracować z takim koniem.

Jak zdominować konia z siodła, który sam chce być szefem? Nie może się skupić na pracy. Na ujeżdżalni ciągle patrzy w kierunku stajni i innych koni. Rży i nawołuje. Co robić?”

(Pisownia cytatów oryginalna)

Na dwóch blogach pojawiły się komentarze z pytaniem o konia nie skupiającego się na pracy. Pod obydwoma komentarzami podpisała się osoba o mieniu Monika. Podejrzewam, że to ta sama osoba i pyta o problem z tym samym koniem. Ponieważ zachowanie wierzchowca opisane w komentarzach jest częstym problemem podczas jazdy konnej, postanowiłam napisać odpowiedź w formie postu.

Na początek chciałabym zaznaczyć, że polemizowałabym z twierdzeniem, iż takie zachowanie zwierzęcia to próba dominacji i bycia „szefem”. Daleka byłabym też od prób zdominowania konia. W ogóle bardzo chciałabym, żeby zmieniło się myślenie jeźdźców na temat relacji z koniem, koniecznych podczas całej współpracy. Żeby odrzucili oni stereotypy o dominacji a skupili się na porozumieniu, zrozumieniu i współpracy. Przy porozumieniu nie ma miejsca na dominację człowieka (dominację w stylu: „koń ma mnie słuchać i już!). Konieczne jest natomiast skupienie obu współpracujących partnerów na dialogu. Jeżeli jeździec wymaga od swojego końskiego partnera żeby go słuchał, musi również nauczyć się słuchać owego partnera.

Nie jestem w stanie pomóc w pracy z takim koniem bez możliwości obserwowania pracy pary jeździec – koń i przeprowadzenia treningu. A już na pewno nie stworzę przepisu na pracę z danym koniem. Nie chcę też jednak pozostawiać pytań moich czytelników bez odpowiedzi. Zawsze jest szansa, że poprzez post czy korespondencję trochę jednak pomogę. W odpowiedzi mogę jednak jedynie zasugerować pewne rozwiązania albo nakierować na poszukiwanie własnych. Na poszukiwanie rozwiązań, na które pozytywnie odpowie dane zwierzę.

Moją odpowiedź zacznę od pewnej krótkiej historii. Przez jakiś czas pracowałam z parą koni: z klaczą i wałachem. Konie stały obok siebie w boksach i razem chodziły na padok. Zżyły się ze sobą na tyle, że wałaszek nie mógł znieść jakiejkolwiek rozłąki z klaczą. Gdy wychodziła na trening, wałaszek szalał w boksie robiąc sobie krzywdę. Dlatego też biegał zawsze na padoku obok, gdy klacz pracowała. Nauczyłam wałaszka, by zostawał w boksie i spokojnie czekał na powrót klaczy. Najpierw wychodziłam z klaczą z boksu i po paru krokach zawracałam i wstawiłam do boksu. Po jakimś czasie wałaszek przestał się niepokoić przy tych zabiegach. Kolejnym krokiem było wychodzenie z klaczą i znikanie z oczu jej przyjaciela na bardzo krótki moment i znowu powrót. Żeby nie przedłużać kolejnymi krokami było: lonżowanie klaczy w takim miejscu, żeby ukazywała się wałachowi tylko na moment i zaraz znikała. Potem chowałam się z klaczą na nieco dłuższy czas (kilka kółek zrobionych na lonży) – myślę, że rozumiecie moją strategię pracy. Piszę o tym, ponieważ w pracy z klaczą z pytania Moniki zastosowałabym właśnie strategię takich „małych krokówi „niewielkich, stopniowych zmian”. Piszę o tym również dlatego, że wielu jeźdźców ma w sobie niestety bardzo mało empatii w stosunku do swoich podopiecznych, za to bardzo dużo wymagań. Nie piszę tu absolutnie o autorce pytania. Nie znam Moniki, a post piszę do ogółu odbiorców. Wracając jednak do tematu, to stosunek do koni, który powinien odejść do lamusa, to taki pod tytułem”: mam gdzieś potrzeby konia (oprócz takich potrzeb, jak jedzenie, picie, ściółka w boksie, marchewki, derki i zapewnienie ruchu). To stosunek wyrażony myśleniem: koń ma mnie zawsze i w każdych warunkach słuchać i już. A jakie to potrzeby tych zwierząt powinniśmy mieć na względzie? Jest ich całe mnóstwo a ich zestaw jest indywidualny dla każdego wierzchowca.

W przypadku klaczy z pytania, trzeba by wziąć pod uwagę jej strach przed utratą bezpieczeństwa, jaką daje jej miejsce zamieszkania. Gdzieś już pisałam, że konie są domatorami. Dla dzikich koni domem jest stado. Dzikie konie, przemieszczając się z miejsca na miejsce, zabierają ze sobą swój dom. Człowiek udomowiając konie spowodował, że mają one domy stacjonarne. To, że konie potrzebują ruchu i jest on dla niech „stanem naturalnym” nie oznacza jednak, że ten ruch cenią ponad wszystko. Dla bardzo wielu z nich poczucie bezpieczeństwa jakie daje dom jest najważniejsze. I uwierzcie mi, najmniej ważne są dla wierzchowców nasze potrzeby dosiadania ich. Jak więc takie zwierzę ma się skupić na najmniej ważnej dla niego rzeczy, gdy dopada go strach o utratę tej najważniejszej?

Żeby klacz przestała się bać i zaufała opiekunowi, musi mieć pewność, że człowiek zabierający ją z dala od stacjonarnego domu, zawsze ją do tego domu odprowadzi po jakimś czasie. Klacz musi przekonać się, że człowiek jest częścią tego domu, że „zabiera” ze sobą część swojego „stada” czyli musi zaufać opiekunowi. A zaufa mu, gdy ten będzie słuchał co zwierzę ma do powiedzenia i uwzględni jego psychiczne potrzeby. Sposób, w jaki człowiek ma tego dokonać, to kwestia indywidualnego i niekonwencjonalnego podejścia do każdego osobnika. Jeździec musi wykazać się inwencją i pomysłowością. Musi poświęcić podopiecznemu trochę czasu i wykrzesać nieco cierpliwości. Jeździec musi przestać myśleć tylko kategoriami swojej potrzeby dosiadania zwierzęcia. Nie wiem, jakie są techniczne warunki i możliwości pracy w stajni, która jest domem klaczy z komentarzy. Ale ja popracowałabym z nią przez jakiś czas na odcinku, który jest drogą na odległy plac do ćwiczeń. Odjeżdżałabym od stajni na początek na krótkie odcinki i obserwowała zachowanie klaczy. Moment, w którym zwierzę zaczyna się niepokoić, potraktowałbym jako granicę możliwego oddalenia, którą tylko nieznacznie bym przekraczała. Po jej przekroczeniu poprosiłbym klacz o zawrócenie i powrót do stajni. Tak pracując z koniem granica możliwego oddalenia” będzie się na pewno stopniowo odsuwała od „domu”.

Nie powinno to jednak być bezmyślne i mechaniczne krążenie po odcinku drogi. Trasę i czas na niej spędzony trzeba wykorzystać do ćwiczeń. Przede wszystkim, to jeździec musi zadecydować o tym, kiedy zwierzę ma zawrócić. Zmiana kierunku marszu musi odbyć w bardzo spokojny, nieśpieszny sposób. Nie może się zmienić tempo chodu ani jego rytm podczas marszu w obie strony. Próby przyspieszania zwierzęcia w kierunku domu powinny być „hamowane”. Jednak nie poprzez trzymanie go wodzami (mięśnie brzucha jeźdźca). Przy leniwym odchodzeniu od stajni, klacz powinna być zachęcana do aktywnego marszu. Zachęcana pracującymi łydkami jeźdźca a nie pchana biodrami. Dokładnie tak samo można popracować nad wyjazdami w teren. Często zastanawiam się, dlaczego jeźdźcy zakładają, że rozpoczynając przygodę z wyjazdami w teren trzeba te pierwsze wyjazdy zaliczyć od razu godzinne i z bieganiem we wszystkich chodach?

Równy rytm marszu jest tu kluczowym elementem uczącym konia skupienia na pracy. Jest również, wbrew pozorom, bardzo trudnym elementem do wypracowania. Wielu jeźdźcom wydaje się, że ich wierzchowiec biega stawiając kroki w równym rytmie. Nie zwracają uwagi na to, że ten rytm nieustannie się zmienia w ramach jednego chodu. Na zakrętach konie ścinają łuk i przyspieszają rytm stawiania kroków, na odcinkach prostych zaś zwalniają. Czasami jednak proste odcinki prowokują je do przyśpieszania. Konie tracą równy rytm na nierównościach terenu. Tracą również rytm podczas dawania przez jeźdźca sygnałów poganiających albo zwalniających itp. Jeźdźcy zawsze zauważają, że koń zwalnia tempo albo je przyśpiesza. Nikt jednak nie zastanawia się nad rytmem stawiania kroków. Jeżeli wasz koń nie skupia się na pracy, zacznijcie liczyć rytm na głos i nieustannie namawiajcie konia na stawianie kroków w rytm waszego liczenia. Problem jest taki, że przy próbie wprowadzenia tego ćwiczenia, bardzo często jeźdźcy dostosowują rytm liczenia do rytmu kroków konia. Trzeba bardzo się skupić, żeby nie popełniać tego błędu. W swoich postach wspomniałam kilkukrotnie, że konie nie mają pstryczka – elektryczka, po naciśnięciu którego coś u wierzchowca zaczyna działać. Uważam, że umiejętność wypracowania z koniem równego rytmu chodu jest fundamentem dla rozwiązania wielu problemów w pracy z koniem.

Kolejnym elementem pomagającym się skupić zwierzęciu na pracy jest stopniowe eliminowanie ilości pomocy, które zastępują sygnały jeźdźca. O czym mówię? Jeźdźcy ułatwiając sobie prowadzenie konia, jeżdżą wzdłuż pewnych granic i wydeptanymi ścieżkami, nawet ich nie zauważając. A te granice i ścieżki powodują, że nasz zasób przekazywanych informacji ubożeje. Taka sytuacja powoduje, że konie nie skupiają się na naszych przekazach próśb i poleceń tylko mechanicznie podążają za odbieraną przez wzrok granicą ścieżki. W naszej stajni wokół placu do jazdy rośnie trawa. Wielu z jeźdźców nieustannie jeździ wzdłuż tej trawy. Powstał tam już rów wydeptany końskimi kopytami. Nawet, jeżeli jeźdźcy wjeżdżają na środek placu i odjeżdżają od „ścianydla wykonania wolty czy innego ćwiczenia, to po jego wykonaniu i tak automatycznie wracają do „prowadzenia” konia w tym rowie. Prowadzenie podopiecznego równolegle do granicy trawy ale metr/półtora od niej, graniczy wręcz z cudem. Takie prowadzenie zwierzęcia kosztuje tych jeźdźców ogrom wysiłku. I tu popełniany jest kolejny błąd, który pozwala zwierzęciu nie skupiać się na pracy i jeźdźcu. Ale o tym za chwilę. Przy pracy z koniem, jazda wzdłuż pewnych granic pomaga w nauce, uświadamianiu i rozwoju konia. Taka praca jest pomocna szczególnie przy jeździe na młodym zwierzęciu albo takim, którego chcemy oduczyć popełniania pewnych błędów. Praca wzdłuż ścian, to praca na lonżowniku, praca wzdłuż boków ujeżdżalni, między ułożonymi drągami czy pachołkami. Jednak „ściana” powinna być pomocą tylko czasowo. I przede wszystkim „ściana” powinna być wykorzystywana świadomie do ćwiczeń Nie powinna stanowić bariery wyznaczającej ścieżkę, w którą koń wiecznie „wpada”. Reasumując – im mniej „ścian” i wydeptanych ścieżek, tym bogatszy w „słowa” musi być przekaz jeźdźca. Przekaz prowadzący konia. „Bogaty” przekaz od jeźdźca prowokuje podopiecznego do baczniejszego zwracania uwagi na opiekuna.

Wracam teraz do błędu, o którym wcześniej wspomniałam. Tym błędem jest robienie czegoś za konia. Trzymając się przykładu z granicą „narysowaną” trawnikiem, to jeźdźcy zamiast poprosić i namówić wierzchowca zrozumiałymi sygnałami do podążania wyznaczoną trasą, trzymają go siłowo z dala od tej granicy. Trzymają naciągniętą do granic możliwości wodzą i łydką naciskającą z całej siły bok końskiej kłody. W przekazie dla konia nie powinno być siły. Użycie siły mówi zwierzęciu: „zrobię to za ciebie”. W tym przypadku utrzymam cię z dala od granicy ścieżki. Skoro jeździec robi coś za podopiecznego, to ten drugi nie musi już skupiać się na zrozumieniu przekazu.

Dokładne prowadzenie pomocami konia przez jeźdźca jest według mnie ważnym sygnałem skupiającym ale tylko wówczas, gdy sygnały prowadzące możemy dawać delikatne i subtelne. Sygnały prowadzące będą mogły być takie, gdy zwierzę będzie je rozumieć. Zrozumie je, między innymi wówczas, gdy jeździec będzie konsekwentny w egzekwowaniu reakcji na nie. Nieustannie obserwuję, jak jeźdźcy dają swoim podopiecznym sygnały (nawet prawidłowe z technicznego punktu widzenia) i pozwalają, żeby zwierzę nie zareagowało na nie. Jeżeli „prosicie” konia o zwolnienie tempa, musicie poczuć to zwolnienie. Jeżeli tego nie czujecie, musicie tak długo powtarzać sygnał aż koń zareaguje. Żeby sygnał mógł być powtarzany, musi być krótki. Ciągłego nie powtórzycie. Większość jeźdźców pracuje sygnałami ciągłymi, które nieustannie wzmacniają a przy tym nadal nie egzekwują ich wykonania. Jeżeli „prosicie” wierzchowca o zaangażowanie zadnich nóg do pracy, musicie poczuć to zaangażowanie. Jeżeli prosicie o wyregulowanie rytmu, musicie poczuć jego regularność. Jeżeli prosicie o nierozpychanie się łopatką, to musicie poczuć, że zwierzę przestało się nią rozpychać. Nie możecie jej blokować zaciągniętą wodzą przy niezmieniającym się jej ustawieniu. Przykłady tego, jakie reakcje powinniście poczuć w odpowiedzi na prośby i polecenia, można by mnożyć w nieskończoność. Nie o to jednak przecież chodzi. Chodzi o to, żebyście zapamiętali, że egzekwowanie od podopiecznego reakcji na każdą, nawet najmniejszą prośbę jest równocześnie sygnałem skupiającym go na pracy i na opiekunie.

Olga Drzymała

WESPRZYJ MNIE NA PATRONITE

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Posty powiązane:

Skupienie Konia

Skupienie konia – ciąg dalszy

Wolty, ósemki, przejścia, drążki, żucie ręki

Panika wierzchowca a jego skupienie

Praca z młodym koniem na lonży część 1

Zdjęcie

Fot. Kinga Karolina

Koń pracujący na lonży i biegający po kole powinien mieć tak ustawione ciało, by jego kręgosłup wygięty był w łuk. Linia wygiętego kręgosłupa powinna pokrywać się z linią trasy po której porusza się zwierzę. Czyli, z linią trasy narysowanej” między jego lewymi i prawymi kończynami.

Koń na kole wygięcie

Takie wygięcie ciała wierzchowca daje mu szansę na swobodne i bezproblemowe pokonanie trasy po kole. Teoretycznie większość jeźdźców o tym wie, niewielu jednak potrafi tą wiedzę przenieść na praktykę. Większość jeźdźców nie potrafi namówić podopiecznego na prawidłowe ustawienie ciała podczas chodzenia i biegania na łukach i kole. Szczególnie trudne staje się to zadanie, gdy pracują z wierzchowcem na lonży. Trudno jest też jeźdźcom ocenić czy ciało konia jest wygięte w łuk czy nie. Wielu jeźdźców zgiętą do wewnątrz szyję konia błędnie odczytuje i traktuje jako wygięcie całego ciała. Musicie zdać sobie sprawę, że z pozycji osoby lonżującej szyja konia powinna być widziana jako skierowana na wprost, a nie zgięta względem kłody. Zgięta szyja konia wyklucza możliwość wygięcia ciała. Przy zginającej się szyi, kłoda konia zawsze będzie sztywna i bez prawidłowego zgięcia w łuk.

Zanim jednak wierzchowiec nauczy się wyginać prawidłowo ciało w łuk, a w zasadzie zanim zostanie tego nauczony przez świadomego opiekuna, musi najpierw pokonywać łuki i koła z ciałem ustawionym prosto. Takiej pracy na kole na lonży też zwierzę trzeba nauczyć – samo nie wpadnie na pomysł jak to należy robić. Żeby wam to „unaocznić” podpowiem, że to trochę tak, jakbyście chcieli prowadzić po kole sztywny dyszel osadzony na czterech kołach.

Dlaczego tak należy pracować z koniem zaczynającym pracę jeździecką? Natura nie przygotowała konia do pracy i poruszania się pod dyktando człowieka. I obojętnie czy jest to praca z ziemi czy w siodle, to zwierzę to, w „zamyśle natury, nie było stworzone do takich celów. Dlatego koń potrzebuje czasu i zrozumienia, jak rozluźnić mięśnie, jak zrównoważyć ciało, jak iść danym torem, jak zaangażować zadnie kończyny (i to wszystko właśnie pod dyktando opiekuna) zanim jego ciało będzie na tyle wygimnastykowane i fizycznie przygotowane, by wygiął je w łuk. A wyćwiczyć to wszystko koń musi w prostym układzie ciała. Żeby koń ostatecznie wygiął się w kształtny i prawidłowy łuk, musi najpierw mieć idealnie proste ciało od czubka nosa po nasadę ogona. Wyobraźcie sobie, że chcecie kawałek nieskładnie powyginanego miedzianego drutu wygiąć w płynny i ładny łuk. Zanim to zrobicie, musicie najpierw wyprostować i wygładzić ten kawałek drutu. Nie ma innej możliwości. Nie chcę w ten sposób powiedzieć, że ciało młodego konia jest nieskładnie powyginane. Nie, ale stanie się takie, gdy osoba zaczynająca pracę z koniem nie zadba o to, by ciało końskie było proste. A nieprawidłowe wygięcia u podopiecznego można osiągnąć bardzo szybko i łatwo.

Jeżeli wygięte w łuk ciało konia umożliwia i ułatwia mu pokonanie łuku, to proste będzie utrudniało i prowokowało zwierzę do ruchu na wprost. Sygnały dawane przez jeźdźca swojemu młodemu podopiecznemu powinny nakierowywać prosty dyszelna tor po kole. Teoretycznie nie wydaje się to takie trudne, w praktyce człowiek natrafia na wiele problemów. Oczywiście, u każdego konia zestaw problemów tworzy inną indywidualną konfigurację. Zanim jednak przybliżę te problemy, wrócę do podstawowych sygnałów sterujących dyszlem. Zamknijcie na chwilę oczy i zobaczcie w wyobraźni taki dyszel na kółkach. Nie byłoby problemu, gdyby te kółka były skrętne. Ale nie ma tak dobrze – te kółka ustawione są na stałe do jazdy na wprost. Żeby móc poprowadzić taki dyszel po kole, trzeba co jakiś odcinek trasy przesunąć końce dyszla względem jego środka i nakierować na trasę po kole. Jeżeli dobrze sobie to wyobrażacie, to zobaczycie w wyobraźni, że te odcinki trasy są dość krótkie, nawet bardzo krótkie. Jeżeli osoba kierująca dyszlem stoi w środku koła, to nakierowując dyszel na ruch po kole musi przyciągnąć do siebie przód dyszla, a odsunąć tył. I musi to robić praktycznie co chwilę.

Przestawianie kłody na kole

Na szczęście i nieszczęście koń nie jest sztywnym dyszlem, tylko uczącą się, kojarzącą istotą ze znakomitą pamięcią. Na szczęście, bo w miarę konsekwentnej pracy koń zapamiętuje, że biegnąc na trasie po okręgu musi odpowiednio przestawiać ciało. Konieczność korygowania jego ustawienia przez człowieka przy pomocy sygnałów staje się coraz rzadsza a i same sygnały mogą być coraz bardziej delikatne i subtelne. Mogą takie być, bo wierzchowiec już je rozumie i potrafi prawidłowo na nie odpowiedzieć.

Na nieszczęście przez „zgięciowe” możliwości końskiego ciała rodzą” się problemy i powstają błędy w pracy z końmi. Pierwszym problemem, jaki pojawia się podczas nauki pracy na lonży to obopólne uwieszanie się pracujących istot na obu końcach lonży. Zaczynający swoją naukę koń, poproszony o ruch do przodu, rusza odruchowo na wprost. Wystarczą trzy cztery kroki i lonża zaczyna być maksymalnie napięta. A odruchową reakcją człowieka bywa często podtrzymywanie ciężaru uwieszonego na lonży. Podtrzymywanie przy udziale nie tylko ręki ale i zapartego ciała. Nie twierdzę, że przy takim układzie koń nie pójdzie po kole. Pójdzie – ale z ciałem ustawionym przekątnie względem trasy, którą ma pokonać. Przód ciała konia będzie szedł szerszym torem a zad pozostanie skierowany do środka koła i będzie podążał torem węższym.

Brak przestawiania kłody

Przy takim układzie ciała konia i siłowym przeciąganiu liny”, w końskim ciele powstają napięcia. Wierzchowiec zaczyna zaciskać szczękę, blokować staw potyliczny, napinać mięśnie szyi i blokować jej ruch, jak również ruch łopatki. Napięcia powstające z przodu ciała konia rozchodzą się” po nim, jak fale po wodzie. Przy napięciach, na przykład z prawej strony przodu ciała konia, natychmiast powstają napięcia z lewej strony zadniej części ciała zwierzęcia. Blokuje się ruch stawu krzyżowo – biodrowego i stawów w zadnich kończynach. Powstają napięcia mięśni grzbietu i zadu.

Ból, jaki koń zaczyna przy takiej pracy” odczuwać, prowokuje go do szukania rozwiązań, które pozwolą mu pozbyć się tego uczucia. Nie chcę tu pisać o psychicznej stronie zagadnienia i o rodzeniu się w takiej sytuacji w zwierzętach buntu, agresji, niechęci czy apatii. Ten post jest o problemach technicznych. Wracając więc do tematu krzywizny ciała wierzchowca, o których wyżej pisałam, są właśnie efektem poszukiwań zwierzęcia. Obojętnie jakie kiełzno założycie na koński pysk czy głowę, podczas ruchu na kole na naprężonej do granic możliwości lonży, wierzchowiec zacznie odczuwać najpierw ból właśnie w obrębie głowy i górnej części szyi. Żeby się go pozbyć albo zminimalizować, zegnie szyję w kierunku lonżującego. Jednak kłoda konia nadal pozostanie ustawiona jak do ruchu na wprost. Efektem takiej sytuacji będzie bardzo znaczne wypadanie konia zewnętrzną łopatką na zewnątrz koła. Koń nadal pozostanie uwieszony na lonży, tylko tym razem zewnętrzną łopatką. Głowa i szyja zwierzęcia stają się wówczas jakby częścią liny do lonżowania. Nadal głowa i szyja są na niej uwieszone ale dodatkowo uczestniczą w siłowym podtrzymywaniu zewnętrznej łopatki konia. Nadal zad konia pozostanie skierowany do wewnątrz koła.

Zgięcie w szyi

Nad wyprostowaniem tak zgiętego ciała konia trzeba pracować nieustannie tak, jak ze sztywnym dyszlem. Tylko, że teraz jako dyszel do poprowadzenia na kole, traktujemy ciało zwierzęcia od klatki piersiowej do nasady ogona. W takiej sytuacji musicie sobie wyobrazić, że lonża podczepiona jest do zewnętrznej łopatki konia i to właśnie ją „namawiaciedo przesunięcia się w waszą stronę. Zad nadal prosicie o lekkie odsunięcie.

Najbardziej problematyczny jest sam początek pracy z koniem na lonży. Początek, podczas którego zwierzę nie rozumie jeszcze sygnałów. Nie rozumiejąc ich, bardzo często odpowiada na sygnały błędnie. Temat jednak będę kontynuowała w następnym poście. Ten zrobił się już dość długi. Może w międzyczasie przyjdą wam do głowy pytania dotyczące tego, co już napisałam w tym poście.

Tak się też składa, że od niedawna pracuję z niezajeżdżonym młodziutkim koniem. Za zgodą jego właścicieli nagrywam filmiki z naszej pracy. Przymierzam się do zrobienia filmu instruktażowego na YouTube. Jeżeli ktoś z was byłby zainteresowany jego obejrzeniem to zapraszam do obserwowania mojego kanału. https://www.youtube.com/channel/UCkfF-njdGVFxETC06W19Bjw?view_as=subscriber

Olga Drzymała

WESPRZYJ MNIE NA PATRONITE

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Próbuję ale bez skutku

Tarpan

Fot. Pixabay

Jest kilku czytelników moich blogów, którzy „sumiennie” czytają moje posty i nawet próbują wprowadzić w życie moje porady. Jednak bez treningu, na którym instruktor mógłby poprowadzić jeźdźca i konia we wspólnej pracy, bardzo trudno jest zastosować moje podpowiedzi. Napisałam ostatnio na blogu „Pogotowie jeździeckie” kolejny post na temat pracy mięśniami brzucha przez jeźdźca. Tym razem opisałam tą pracę w kontekście namawiania konia do zatrzymania się. Pod tekstem pojawił się komentarz czytelnika, który dopiero zaczyna przygodę z jazdą konną.

Próbuję tego od kilku treningów na dwóch różnych koniach, ale bez skutku. Mam jeszcze za dużo do poprawienia z moim dosiadem. Taki plan naprawczy sobie wymyśliłem żeby w miesiącu mieć dwa treningi w grupie a dwa indywidualne i skupić się na dosiadzie. Jak coś z tego wyjdzie i uda mi się zatrzymać bez używania „prrrrt” i wodzy to dam znać.

Odpowiedziałam na ten komentarz. Można go przeczytać pod postem. Nasza wymiana komentarzy dotyka ważnych aspektów pracy z końmi głównie szkółkowymi, postanowiłam więc odrobinę uzupełnić moją komentarzową wypowiedź i zrobić z niej post na tym blogu.
Oto moja odpowiedź:

Nie możesz zakładać, że wsiądziesz na szkółkowego konia albo takiego, który do tej pory zatrzymywany był przez zaciąganie wodzy i zwierzę zareaguje na Twoje poczynania. Taki wierzchowiec nie zareaguje od razu, nawet jeżeli sygnały będzie dawał jeździec, dla którego normą jest praca mięśniami brzucha. W słowniku końsko – ludzkim takich koni nie ma słów przekazywanych mięśniami brzucha, więc w jaki niby sposób koń ma Ciebie zrozumieć? Do tego wszystkiego każdy koń jest indywidualnością, więc na etapie nauki reaguje często w sposób zupełnie inny niż jego pobratymcy. Jeżeli chcesz, żeby koń zareagował na pracę, którą opisałam w poście, to musisz nauczyć go rozumieć Twój przekaz. Zaciąganych wodzy koń nie musi rozumieć, bo po prostu reaguje na ból. Reaguje uciekając od niego. Dlatego, że jest to ucieczka, konie różnie reagują na zaciągnięte wodze – jedne uciekają od bólu, szybko się zatrzymując. Inne pędzą, bo ucieczkę kojarzą z ruchem do przodu. U takich koni coraz silniej zaciągnięte wodze prowokują do zwiększania tempa. Jeszcze inne konie uciekają od bólu wyrywając wodze z rąk oprawców, jeszcze inne przeginają szyję tak, żeby broda znalazła się jak najbliżej ich klatki piersiowej (przeganaszowanie). Jeszcze inne maksymalnie zadzierają głowę i szyję i starają się pozbyć się bólu szarpiąc wodze i rzucając głową. Jeszcze inne stawiają jak największy opór przed próbą zmuszenia ich do aktywnego ruchu. Pracując mięśniami brzucha nie zadasz zwierzęciu bólu, na który mógłby zareagować, więc musi ono zrozumieć przekaz.

Jak wygląda taka nauka zwierzęcia? Znowu wszystko zależy od konia. Chociażby to prrrr. Jeżeli koń reaguje na ten sygnał, to używaj go i dodaj do tego pracę mięśniami brzucha. Wierzchowiec uczy się poprzez skojarzenia. Zacznie prrrr utożsamiać z Twoją pracą ciałem, a chwalony za prawidłową reakcję zdobędzie pewność, że reaguje prawidłowo. Po jakimś czasie będziesz mógł z prrrr zrezygnować i pozostać tylko przy sygnałach dawanych mięśniami brzucha.

Inny koń może od razu zareagować na pracę mięśniami brzuch na zasadzie zgadywania albo przypadkowości. Pochwalony po takiej reakcji też zacznie kojarzyć i się uczyć znaczenia Twojego sygnału.

Z jeszcze innymi końmi może być więcej pracy. Może być tak, że przez jakiś czas trzeba łączyć dawny bolesny sygnał dawany wodzami z pracą mięśniami brzucha. Siłę tego pierwszego sygnału przez czas nauki trzeba minimalizować aż do momentu, w którym będzie można w ogóle z niego zrezygnować.

Z jeszcze innych koni trzeba zsiąść i zacząć naukę z ziemi. Idąc obok konia, trzeba sygnały zatrzymujące dawane wodzami uzupełnić krótkimi i powtarzanymi uderzeniami bacika w jego klatkę piersiową. Czasami wystarczą lekkie puknięcia, czasami mocniejsze – wszystko zależy od tego jak wierzchowiec reaguje. Z ziemi należy pracować do momentu aż koń zatrzyma się bez zaciągania wodzy i tylko na ruch ręki opiekuna ustawiający bacik przed koniem.

Konie nie wykonują poleceń jeźdźca zazwyczaj wówczas, gdy ich nie rozumieją albo nie są w stanie fizycznie ich wykonać. Koń przeciążony z przodu ciała musi być zrównoważony, by móc wykonać nawet już zrozumiałe polecenie zatrzymania, dawane mięśniami brzucha. Wierzchowiec z napiętymi mięśniami musi być równocześnie z sygnałami proszącymi o zatrzymanie, namawiany do rozluźnienia mięśni szyi, łopatek, kłody i zadu.

W moich postach opisuję sygnały jakimi powinno rozmawiać się z wierzchowcem. Jednak żaden z tych sygnałów nie może i nie będzie funkcjonował w oderwaniu od innych sygnałów i całościowej pracy nad porozumieniem z podopiecznym. Nie będzie funkcjonował bez całościowej pracy nad ciałem zwierzęcia. Nie będzie funkcjonował bez świadomej pracy jeźdźca nad swoim ciałem i zapanowaniem nad poszczególnymi częściami i mięśniami ciała. To zawsze musi być konfiguracja sygnałów i praca na wielu płaszczyznach.

Z nauczeniem konia szkółkowego nowych sygnałów, z przestawieniem go na zrozumiałą współpracę jest jeszcze jeden problem. Taki koń ma niezliczoną ilość jeźdźców, z których każdy w inny sposób jakoś radzi sobie na jego grzbiecie. Nikt nie pracuje z takimi zwierzęciem świadomie. Jeden jeździec próbujący zmienić sposób pracy na wierzchowcu na świadomy i oparty na zrozumieniu i porozumieniu, nie jest w stanie wiele osiągnąć. Zmiany na lepsze w porozumieniu z koniem gwarantuje tylko sytuacja, gdy na danym koniu wszyscy jego jeźdźcy będą pracować w ten sam sposób. A przynajmniej bardzo podobny. Dlatego wszyscy jeźdźcy danego wierzchowca powinni być uczeni i prowadzeni przez jednego i tego samego instruktora. Instruktora uczącego właśnie świadomej współpracy z podopiecznym.

Olga Drzymała

WESPRZYJ MNIE NA PATRONITE

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Bicie, szarpanie, gonienie czy porozumienie w niekonwencjonalny sposób?

Uciekający koń

Fot. Kinga Karolina

Jest wiele metod pracy z koniem, które stały się standardowe i konwencjonalne. Które polecane i zalecane są zawsze i przy każdym problemie jaki powstaje w pracy z koniem. Jedną z takich „metod” jest klasyczny „wpierdol”. Oto przykład takiej porady: Wędzidło w pysk, bat i jedziesz. Jak Ci będzie chciał się zerwać to wpie#dol i z doświadczenia wiem że bardzo szybko się nauczy że nie opłaca mu się tak robić. Ja też ze swoim miałam taki problem i długo szukałam naturalnego rozwiązania aż ktoś go wziął za ryj i konik się szybko nauczył ? tylko nie zapomnij na końcu zawsze się z koniem „pogodzić” żeby cię źle nie kojarzył 🙂 (pisownia cytatu oryginalna). Ciekawe, że tacy doradcy po fali krytyki wycofują się rakiemi łagodzą wymowę swojej wypowiedzi. Obawiam się jednak, że ta pierwsza reakcja – ta pierwsza wypowiedź dużo mówi o człowieku i o tym jakim jest jeźdźcem. A jest jeźdźcem bez wiedzy o świadomym jeździectwie. Jeźdźcem, który nie rozumie konia i nie wie jak z nim rozmawiać”, by koń zrozumiał prośby opiekuna. Nie wie jak rozmawiać, by koń chętnie i bez oporu wykonał zadanie o które prosi opiekun. Siłowa praca i zadawanie bólu zwierzęciu jest przyznaniem się do braku wiedzy na temat tego, jak szukać przyczyny różnych zachowań koni i jak pracować z nimi, by zniwelować niechciane i niekorzystne dla jeźdźca zachowania.

Inne metody to klasyczne przeganianie, join up i 7 gier. Metody zawsze polecane i zalecane w komentarzach pod postami proszącymi o poradę w pracy z koniem. Nie chcę tu polemizować czy te metody działają czy nie. Te metody są jednak tak powszechnie znane, że podejrzewam, iż osoby szukające porad przetestowały już je wcześniej. Szukając porad na rozwiązanie problemów w pracy ze swoim wierzchowcem, mają nadzieję trafić raczej na jakąś niekonwencjonalną propozycję. Przy okazji muszę wspomnieć, że często pojawia się również porada typu: Ja kupiłam halter i od razu grzeczniej chodzi na uwiązie wiem nie ćwiczenie ale może się przyda”. (Pisownia cytatu oryginalna) Niewiarygodne! Zakładasz halter – pstryk i wszystkie problemy mijają. Ten halter to chyba coś w rodzaju czarodziejskiej różdżki?

Ostatnio trafiłam na prośbę o poradę w sprawie konia, który przy prowadzeniu na lonży wyrywa się, a z padoku ucieka, wyskakuje i zrywa pastuchy. Szczerze mówiąc myślałam, że pytanie dotyczy młodego nie zajeżdżonego konia. Myliłam się. Napisałam w komentarzu: „Nie wspominasz nic o jeździe wierzchem na tym koniu, tylko o jego zachowaniu przy próbach pracy z ziemi. Podejrzewam więc, że pytasz o pracę z młodym koniem, którego chcesz dopiero przygotować do pracy pod jeźdźcem…..Świadoma praca z wierzchowcem oparta jest na empatii, zrozumieniu i porozumieniu. Musisz spróbować zrozumieć dlaczego koń tak się zachowuje i co chce tym zachowaniem Tobie przekazać. Łatwiej jest wówczas znaleźć pomysł i ćwiczenia na pracę z podopiecznym. W Twoim pytaniu jest też zbyt mało informacji na temat konia i Waszych relacji, żeby móc coś konkretnego podpowiedzieć. Może ten post będzie pomocny. https://jezdzieckielementarz.wordpress.com/2019/01/15/problemy-z-obsluga-konia-prowadzenie-wierzchowca/

Autorka pytania odezwała się do mnie prywatnie. Jej podopieczny nie reaguje na żadną pracę z ziemi. Ma w zwyczaju uciekać i nie daje się złapać na wybiegu. Tak zachowuje się wiele koni i z różnych przyczyn. Odpisałam, że gonienie konia nie ma sensu. Gonienie wierzchowca jest dla niego sygnałem, żeby uciekać. W takiej sytuacji zwierzę trzeba zaintrygować sobą. Zamiast gonić, człowiek może spróbować zacząć papugować ruchy konia ale z daleka od niego. Wierzchowiec biegnie – człowiek równolegle z nim. Koń zmienia kierunek – człowiek też. Zwierzę zwalnia tempo – człowiek również. Wierzchowiec się zatrzymuje – człowiek też. Wszystko w odległości 3-4 metrów od podopiecznego. Jak zwierzę zacznie interesować się tym co robi opiekun i zrozumie, że nie będzie człowiek go gonić – to można zmniejszyć odległość. Gdy podopieczny się zatrzyma, opiekun powinien spróbować podejść do zwierzęcia – jak zacznie znowu uciekać, trzeba ponownie zacząć zabawę z papugowaniem ruchów. Taką zabawę należy powtarzać do czasu aż koń pozwoli do siebie podejść. Nie warto jednak łapać go od razu. Lepiej pogłaskać, pochwalić i odejść. Jeżeli wierzchowiec podąży za człowiekiem, to wystarczy pospacerować z nim, od czasu do czasu chwaląc. W razie pojawiania się prób z uciekaniem wystarczy wrócić do zabawy z papugowaniem ruchów. To może zadziałać za pierwszym razem – podczas pierwszej zabawy. Ale może też być tak, że zabawę będzie trzeba powtórzyć kilka razy, przez kolejne dni. Dopóki podopieczny nie pozwoli podchodzić do siebie, nie ma sensu inna praca z ziemi, bo ciągle będzie próbował uciekać. Już wie, że da radę. Już wie, jak to zrobić.

Nigdy nie wiem, czy moje porady pomogą. Nie wiem, czy koń zareaguje na proponowane ćwiczenia. Wszak każdy jest inny, a ja nie znam ani jeźdźca ani konia ani całego sposobu pracy z nim. Tym razem dowiedziałam się, że ćwiczenie przyniosło pożądany efekt. Po jakimś czasie dostałam informację od korespondentki, że ćwiczenie pomogło. Miło dostać taką informację.

Zastanawiam się, dlaczego jeźdźcy nie chcą szkolić koni na zasadzie komunikacji, kontaktu wzrokowego, zrozumienia i porozumienia? Psy tak się szkoli i jest to logiczne i oczywiste. Konie szkoli się na zasadzie zastraszenia fizycznego i psychicznego – na zasadzie bój się, żebyś nie zrobił mi krzywdy. Szarpie się konie za pysk, straszy lonżą czy uwiązem – nawet wówczas, gdy koń nie przejawia agresji ani chęci do niebezpiecznego zaczepiania opiekuna. Za błąd czy nawet drobne nieposłuszeństwo koniom funduje się bodźce agresywne i bolesne. A potem (co najciekawsze) oczekuje się, że zwierzę to przemyśli. Zastanawiam się, co ma przemyśleć, jeżeli takie sygnały nie niosą za sobą żadnych merytorycznych i zrozumiałych dla konia informacji. Konie dowiadują się, że zaboli jak człowiek tak zadecyduje. Zwierzę nie będzie doszukiwało się przyczyny dla której człowiek zadał ból. Zwierzę nie zrozumie, że coś źle zrobiło jeżeli nigdy i nikt mu nie wytłumaczył jak powinna wyglądać dobra i prawidłowa reakcja. Czując ból, koń przemyśli sytuację ale w poszukiwaniu sposobu jak tego bólu uniknąć albo go zminimalizować. Przecież to żywa istota czująca jak my. Wykrzeszcie w sobie trochę empatii. Jeżeli ktoś regularnie zadawałyby wam ból zamiast zrozumiale przekazywać informacje, to o czym byście myśleli?

Olga Drzymała

WESPRZYJ MNIE NA PATRONITE

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

„Jelenia szyja” u konia

koń_25

Rys. Jarosław Figan

Od paru dni czytam Pani bloga. Znalazłam dużo ciekawostek i rzeczy których nie uczą i nie uczyli w szkółkach”. Tak zaczyna się korespondencja od pewnej amazonki, której problemem w pracy z koniem jest jego „jelenia szyja”. Amazonka tak właśnie określiła sposób noszenia głowy i szyi swojego podopiecznego podczas pracy pod siodłem. Dalej amazonka pisze, że instruktorzy polecają oczywiście różnego rodzaju patenty do ściągnięcia głowy i szyi zwierzęcia w dół.

Praca nad zniwelowaniem tak zwanej „jeleniej szyi” (zadartej szyi) u konia zajmuje i powinno zajmować trochę czasu. Zadzieranie głowy i szyi w górę przez konia ma swoją przyczynę. Tą przyczyną jest przeciążony przód ciała zwierzęcia. Wyobraźcie sobie w kłodzie waszego konia dużą i ciężką metalową kulę. Ta kula powinna być dokładnie pod wami, gdy siedzicie w siodle. A nawet lekko za wami – wówczas koń idzie w równowadze. Przy wyższych figurach ujeżdżeniowych, kula powinna być w zadzie. Wierzchowiec zadzierający wysoko głowę ma tą kulę z przodu ciała – między łopatkami. Z takim przeciążeniem przodu ciała konie radzą sobie w różny sposób. Niektóre pomagają sobie nieść tą kulę, podciągając ją w górę przy pomocy szyi. Głównie przy pomocy mięśnia w dole szyi, który przesadnie zwiększa swoją siłę, kondycję i objętość. Ta pozycja jest dla szyi męcząca, więc koń czasami chętnie daje się namówić na jej opuszczenie. Szyja wówczas odpoczywa, jednak kula nadal ciąży z przodu i obciąża przednie nogi. Dlatego więc, koń wraca po chwili do pomysłu dźwigania ciężaru przy pomocy szyi. Odciąża wówczas zmęczone niesieniem ciężaru przednie kończyny. Błędne koło.

Ściąganie szyi i głowy konia w dół przy pomóc patentów to najgorszy z możliwych pomysłów. Nawet jeżeli pod wpływem siłowego nacisku zwierzę opuści głowę i szyję, to bez odpowiedniej pracy metalowa kulanadal będzie ciążyć między końskimi łopatkami. Zwierzę zmuszone do niesienia całego „metalowego ciężaru” bez pomocy szyi zacznie szukać innych rozwiązań ułatwiających zadanie. Zacznie napinać i usztywniać nadmiernie mięśnie z przodu klatki piersiowej. Mięśnie łopatek i grzbietu. Zwierzę zacznie usztywniać stawy przednich kończyn i blokować ich ruch, bo „szczudłowate” kończyny lepiej podtrzymają nadmierny ciężar.

Do tego wszystkiego dojdą napięcia w mięśniach i stawach szyjnych. Te napięcia i sztywności powstaną w celu kontrowania siłowych i mechanicznych zabiegów jeźdźca, zmierzających do nagięcia szyi podopiecznego w dół. Akcja tworzy reakcję. Zawsze użycie siły wywoła siłową kontrę. Siłując się z końmi uczycie je w ten sposób używania siły. Przecież to takie proste i oczywiste ale jeźdźcy są bardzo zdziwieni, że koń się z nimi siłuje zamiast współpracować. Mam wrażenie, że większość jeźdźców chodziła na wagary na lekcjach fizyki.

Jak więc pracować nad namówieniem wierzchowca, by nie zadzierał szyi i głowy. Przede wszystkim trzeba skupić się na przeturlaniu” metalowej kuli” do tyłu. Musicie sobie wyobrazić, że wędzidło jest przyczepione do klatki piersiowej konia. Ale nie pracujcie w związku z tym niżej rękami. Zostawcie je pracujące nad kłębem. Tym wędzidłem musicie dawać „kuli” sygnały mówiące – „turlaj się do tyłu”. Sygnały, które nie będą przyciąganiem kuli do waszego ciała, tylko wprawią ją w ruch turlający w kierunku środka kłody konia. Tuż pod siodło. Problem jest tylko taki, że na początku „kula” będzie turlała się do tyłu i zaraz wracała między łopatki. Sygnał musicie więc powtarzać. Takie „turlanie kuli” może spowodować, że koń zacznie zwalniać i zaraz potem przyspieszać. Zwalniać, gdy „kula” będzie pod siodłem – przyspieszać, gdy będzie wracała między łopatki. Waszym zadaniem jest namówić konia na utrzymanie równego tempa i rytmu chodu, mimo turlającej się kuli”. Łydkami nie pozwólcie podopiecznemu zwalniać przy pchnięciu w tył „kuli”. Równym rytmem ruchu waszego ciała w siodle i równocześnie ponownym „pchnięciem kuli” w tył nie pozwólcie koniowi przyspieszać. Najlepiej liczcie na głos rytm kroków podopiecznego. To pomaga zwierzęciu zrozumieć, że prosicie go o stawianie równych kroków w danym chodzie. A wam pomoże w równym rytmie huśtać biodrami albo anglezować. Ten równy rytm pozwoli „kuli” zagnieździć się na dłuższy czas z dala od przedniej części ciała zwierzęcia.

Żeby utrudnić „kuli” wracanie między łopatki, musielibyście popracować też nad rozluźnieniem mięśni szyi u jej nasady. Po bokach, przy łopatkach. Zacznijcie od ……ja to nazywam „rozluźniającą falą”. Jak rzucicie kamień do wody to uzyskana w ten sposób fala rozchodzi się wokół. Zainicjujcie taką falę raz z jednego, raz z drugiego boku konia. Tylko u konia ta fala ma popłynąć od pyska przez potylicę, łopatki i aż do zadu. Musicie w wyobraźni widzieć miejsce na ciele konia, które chcecie poprosić o rozluźnienie. Tylko wówczas ciało wierzchowca zareaguje rozluźnieniem dokładnie w danym miejscu. Wywołujcie tą falę bardzo lekkim i też powtarzanym szarpnięciem wodzą. Szarpnijcie co jakiś czas lekko wodzą i wyobraźcie sobie, że po mięśniach wzdłuż boku końskiego ciała rozchodzi się taka fala. Pracujcie szczególnie z tej strony, z której koń mocniej wiesza się na wodzy. Jeżeli się nie wiesza, to więcej takiej pracy powinno być z wewnętrznej strony. Nawet na prostych wyznaczajcie sobie i podopiecznemu, która strona ciała jest wewnętrzną, a która zewnętrzną.

Taka praca wymaga czasu, konsekwencji, cierpliwości i uporu. Mięsień podciągający szyję musi słabnąć i się rozluźnić. Muszą się rozluźnić mięśnie z boków szyi konia. Muszą się nabudować i wzmocnić mięśnie szyi przy kłębie konia. Bo to one pozwolą nieść szyję i głowę w niskim ustawieniu. „Kula” musi na stałe zagnieździć się na środku kłody. Żeby to było możliwe, muszą wzmocnić się mięśnie zadu. Będziecie umożliwiać zwierzęciu budowanie ich siły i kondycji pilnując równego rytmu chodów konia. Ale mięśnie potrzebują czasu na to, by się wzmocnić. I to wielu miesięcy regularnej i świadomej pracy. Wypinacze użyte do naginania szyi zwierzęcia niczego nie rozluźnią, nie nabudują ani nie zrównoważą w jego ciele.

Co w takiej pracy sprawia jeźdźcom największą trudność? Po pierwsze, pracę nad pchnięciem „kuli” utrudnia brak równowagi jeźdźca. Jeżeli człowiek siedzący w siodle utrzymuje się w nim dzięki podtrzymywaniu się na końskim pysku, to szans na odpuszczenie wodzy nie ma. Nie ma też szans na wprawienie „kuli w ruch”, gdy jeździec wozi się na ledwo człapiącym koniu, któremu totalnie odpuszcza wodze i pozwala im bezwładnie zwisać. (Wodze w rękach) Wodze używane jako hamulec również nie będą mogły być pomocą w pracy nad odciążeniem przodu ciała konia. Ogromnym problemem dla wielu jeźdźców jest też konieczność pracy łydkami. Sztywno przyciśnięte i ściskające boki konia łydki jeźdźca są często tylko pomocą umożliwiającą utrzymanie się w siodle. Oderwanie ich od boków konia graniczy z cudem. Nie wykorzysta swoich łydek do pracy również ten jeździec, któremu łydki huśtają się nie zamierzenie w przód i tył z powodu zablokowanych, podkurczonych i przyciśniętych do siodła stawów kolanowych.

Olga Drzymała

WESPRZYJ MNIE NA PATRONITE

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Strach przed koniem i jego obsługa

57423186_1055235044686253_3221309069243449344_n

Fot. Kinga Karolina

W poście pt „Problemy z obsługą konia – prowadzenie wierzchowca” zaczęłam opisywać niepożądane zachowania koni przy ich obsłudze. Piszę posty z tej serii, żeby pomóc jeźdźcom zrozumieć, że te zachowania mają swoją przyczynę. Że te zachowania mają swoje źródło i to przede wszystkim w nieprawidłowej pracy konia pod jeźdźcem i z jeźdźcem. Chcę wam uświadomić, że wierzchowce nieprawidłowym zachowaniem okazują bunt i niechęć przed pracą, podczas której czują ból, strach i dyskomfort. Najgorsze jest to, że bunt i złe zachowania zwierzęcia przy obsłudze kodują się i stają się często nawykiem, który nie ustępuje sam z siebie. Nawet wówczas, gdy zmienia się na lepsze sposób pracy z takim koniem, to i tak nad zmianą zachowania konia i zniwelowaniem owych nawyków trzeba popracować. Nie myślcie jednak, że konie pokornie zachowujące się przy obsłudze to zwierzęta, z którymi i na których jeźdźcy pracują prawidłowo. Bardzo często wierzchowce nie przejawiające chęci do buntu czy prób wskazywania opiekunowi, że istnieje jakiś problem w ich relacji, to zwierzęta zrezygnowane. To zwierzęta, którym jest wszystko jedno. To zwierzęta, które chcą szybko przebrnąć przez kolejną serię „tortur” i potem mieć przez jakiś czas spokój.

Przed napisaniem pierwszego postu z tej serii poprosiłam parę osób o podanie przykładów zachowań konia przy jego obsłudze, które utrudniają człowiekowi pracę. Dominowały odpowiedzi opisujące problemy przy czyszczeniu końskich kopyt: „przenoszenie ciężaru ciała na nogę którą się chce czyścić (nogi wrośnięte w ziemię)”, „wyrywanie kopyta z ręki podczas czyszczenia”, „Gryzienie przy podnoszeniu przedniej nogi, odkopywanie tylną nogą przy podnoszeniu do czyszczenia”. Gryzienie przy różnych czynnościach, to kolejny z częstych problemów: „Próby gryzienia przy wsiadaniu i oprowadzaniu konia”, „gryzienie i kopanie przy próbach zapięcia popręgu”. Czasami jest cała kolekcja niepożądanych zachowań: „Zadzieranie głowy przy zakładaniu ogłowia, kopanie lub podgryzanie przy czyszczeniu kopyt, kopanie przy wchodzeniu lub wychodzeniu ze stanowiska i dociskanie do ściany, wiercenie się przy czyszczeniu, odsuwanie się w kąt przy sięganiu po popręg pod brzuchem”.

Na temat problemów, jakie powstają przy podnoszeniu końskich nóg, napisałam już sporo. Nie będę więc się powtarzać tylko zachęcam do przeczytania istniejących postów:

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2014/11/podnoszenie-konskich-nog.html

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/10/kon-niemechaniczny.html

Wytrawni” jeźdźcy oczywiście radzą sobie z takimi zachowaniami wierzchowców. Wychodzą z założenia, że koń tak ma i trzeba sobie z tym poradzić. Jednak takie zachowania zwierząt są sporym problemem dla ludzi zaczynających swoją jeździecką przygodę. Takie zachowania stają się też problemem dla osób, dla których każde zachowanie podopiecznego ma swoje źródło i przyczynę. Dla osób, które chcą znaleźć tą przyczynę i chcą namówić konia do zaniechania zachowań niepożądanych przez jeźdźca.

Gros jeźdźców zaczyna przygodę jeździecką w typowych szkółkach. W większości z nich, po wstępnej instrukcji obsługi konia przekazanej przez instruktora, nowy adept musi sam sobie radzić z obsługą tymczasowego podopiecznego. Z obsługą i ewentualnym buntem czy złym zachowaniem podczas tego procesu. Nie wszyscy sobie radzą, szukają więc pomocy i wsparcia od szkoleniowców. Jeżeli dostają to wsparcie to często w postaci porad: „Konie czują twój strach, wiedzą że ich nie uderzysz i może to wykorzystują”. Owszem, konie czują strach ale wierutną bzdurą jest, że wykorzystują w jakiś sposób wiedzę o tym, że opiekun ich nie uderzy. W życiu nie uderzyłam żadnego konia i nie widzę braku szacunku ani braku chęci dogadania się z ich strony. Z bicia i przemocy, przy „pracy” z końmi, korzystają ci, którzy nie mają wiedzy i przy tym bardzo udają, że ją mają.

Każdy przypadek relacji konia z jeźdźcem to osobny i indywidualny przypadek. Każdy powinien być rozpatrywany osobno i na pewno nie korespondencyjnie. Poprzez korespondencję mogę nakierować pracę z wierzchowcem na właściwy tor, pomóc szukać przyczyn takiego zachowania, podpowiedzieć jak radzić sobie doraźnie ze stresem przy kontakcie z niepokornym koniem. Jednak bez wspólnej pracy z jeźdźcem i koniem nie jestem w stanie realnie pomóc jeździeckiej parze. Ciężko też przekonać korespondencyjnego rozmówcę, że zachowanie koni przy obsłudze jest ściśle związane ze sposobem pracy zwierzęcia pod jeźdźcem. Zazwyczaj jeźdźcy przekonani są o tym, że na grzbiecie wierzchowca radzą sobie coraz lepiej, a instruktorzy są w porządku, do dogadania i trudno ich nie lubić. I bardzo dobrze, że instruktorzy to ludzie mili i uczynni ale nie wiąże się to niestety z ich kompetencjami i fachową wiedzą. Ci mili instruktorzy potrafią na przykład twierdzić, że złe zachowanie konia wynika z faktu iż: „jesteś teraz dla niego wrogiem, który zmusi go do pracy„. Potrafią też potwierdzić swój brak wiedzy i kompetencji poleceniami: „właź do boksu i się nie bój”. Są to cytaty z korespondencji osoby szukającej pomocy w opanowaniu strachu przed obsługą konia. Odpowiedziałam tej osobie: „Skoro słyszysz, podejrzewam, że od instruktorów: „jesteś teraz dla niego wrogiem, który zmusi go do pracy”, to w takim razie uczą was wrogiego sposobu jazdy na koniu. Dużo siły, hamowanie wodzami, wodze jako kierownica, bat jako kara za nieposłuszeństwo. Jeżeli się mylę to przepraszam ale takie nasuwają mi się wnioski”. Nie wiem czy to z powodu tego akurat stwierdzenia ale autorka korespondencji nie odezwała się już do mnie. Niestety, nie będę udawała, że człowiek jest traktowany przez konia jak wróg właśnie wtedy, gdy przejawia wrogie zachowania wobec podopiecznego. Zadawanie bólu i fundowanie zwierzęciu dyskomfortu jest przecież wrogim zachowaniem. Nie będę też udawała, że zachowanie konia przy obsłudze nie ma związku z tym, jak jeźdźcy pracują z nim i na nim. Pracujcie z wierzchowcem jak z przyjacielem, to zwierzę będzie traktowało was jak przyjaciela.

Poza tym, nie rozumiem, jak szkółkowi instruktorzy mogą takimi sformułowaniami zbywać ucznia, który deklaruje: „Kocham te zwierzęta i chcę z nimi współpracować a nie zmuszać je do posłuszeństwa biciem czy krzykiem…. Ja wiem, że konie czują mój strach, może i wiedzą, że ich nie uderzę i może to wykorzystują – jak twierdzą instruktorzy. Ale jak mam nauczyć się pewności siebie kiedy boję się coraz bardziej. A boję się chyba dlatego, że nie wiem jak się z nimi dogadać, jak reagować na zachowanie czy postawę ciała konia. Wystarczy, że koń odwraca się do mnie tyłem jak wchodzę do boksu a ja już się wycofuję, bo przecież dał znak „nie chcę cię tu””. Może źle je rozumiem?”

Wielu ludzi, dzieci i dorosłych, często mniej boi się przebywania na końskim grzbiecie, a bardziej bliskości „obok konia”. Miałam uczennicę, która zaczęła u mnie od jazd – oprowadzanek, jak miała pięć lat. Dopiero po dwóch latach jazd zaczęła czyścić konia. Wcześniej, gdy pytałam czy chce poczyścić klacz, popychana przez mamę: „no idź”, wpadała w płacz. Rodzice też czasami chcą, żeby postępy dziecka były szybkie i spektakularne. Na szczęście mama uczennicy zaufała mi i doczekałyśmy się momentu, w którym dziewczynka sama poprosiła o możliwość czyszczenia. Piszę o tym, bo nowi adepci sztuki jeździeckiej, żeby się nie bać powinni być dopuszczani do pewnych czynności przy różnych koniach stopniowo i dopiero wówczas, gdy są na to gotowi. Ja z moimi uczniami jeśli trzeba, to długie miesiące obsługujemy konia razem. Razem czyścimy, razem „pilnujemy”, żeby się koń nie wiercił. Gdy trzeba, razem trzymamy kopyta do czyszczenia. Przy tym wszystkim tłumaczę przyczyny różnych zachowań konia. Po kolei,stopniowo ograniczam swoją pomoc przy czynnościach związanych z obsługa wierzchowca. Usamodzielniam ucznia dopiero wówczas, gdy widzę, że dana czynność nie wzbudza jego strachu. Daję też uczniom na przygotowanie wierzchowca tyle czasu, ile chcą i potrzebują. Moi uczniowie potrafią po kilka razy „poprosić” konia o ustawienie, które jest akurat najbardziej wygodne do wykonania tego, co w danej chwili robi się przy zwierzęciu. Chwalą je za prawidłowe wykonanie prośby i wiedzą jak się zachować, gdy koń swoim zachowaniem utrudnia pracę przy czyszczeniu i „ubieraniu”. W dość długi sposób zmierzam do sugestii, że adeptom odczuwającym strach przed koniem potrzebny jest czas. Ale nie w tym sensie, że z czasem jakoś się ułoży i przestaniesz się bać. Niestety, może być odwrotnie. Potrzebny jest czas do bycia z koniem przed pracą i do przygotowania we własnym rytmie. Czas do oswojenia się z zachowaniem konia. Czas (pod opieką doświadczonej osoby) do pozbycia się strachu.

Często problem z obsługą konia zaczyna się już po otwarciu drzwi boksu. Konie odwracają się zadem, kładą uszy po sobie i próbują gryźć intruza wchodzącego do boksu. Uważam, że człowiek w końskim boksie jest właśnie intruzem. Człowiek nie powinien wchodzić do boksu. Nie powinien czyścić tych zwierząt w boksie. Powinny one mieć prawo do odrobiny prywatności. Boks to ich prywatny pokój. Dlatego też, jeżeli jeździec chce wyprowadzić wierzchowca z boksu, to powinien poczekać, aż zwierzę podejdzie do niego. Aż koń podejdzie do otwartego wejścia boksu i stojącej tam osoby. I właśnie od tego należałoby zacząć pracę ze zwierzęciem zachowującym się mało przyjaźnie albo agresywnie wobec opiekuna. Konie są uparte ale ciekawskie. Dużo więcej zyska się wzbudzając sobą ciekawość zwierzęcia, nie narzucając mu się. Gdy niepokorne zwierzę podejdzie, nie można od razu łapać go w panice i gwałtownie, bojąc się, że odejdzie. Nawet jeżeli odejdzie to przyjdzie jeszcze raz. Oczywiście „łakociew kieszeni człowieka często dokonują cudów na etapie zaprzyjaźniania się. Nie mogą być jednak łapówką, muszą być nagrodą. A nie są nagrodą w momencie, gdy jeździec wejdzie do boksu, złapie konia i da cukierka”. Zwierzę powinno podejść, dać się pogłaskać po grzbiecie nosa (nieprzytrzymywane), pozwolić zapiąć uwiąz i dopiero za takie zachowanie może dostać nagrodę. Wtedy „cukierek” „działa”. Każdy koń jednak reaguje inaczej. Niektóre trzeba podpuścić żeby podeszły i stojąc w wejściu boksu mogły zajadać marchewkę albo chrupać suchy chleb. Z innymi lepiej pracować bez smakowych nagród. Do takiej pracy trzeba mieć przede wszystkim czas na „powtórki”, cierpliwość i sporą dawkę uporu. Taka praca powinna odbywać się bez towarzystwa osób, które zakrzyczą was poleceniami, krytyką i dobrymi radami”. CDN (Czyszczenie niepokornego konia – post i filmik)

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patronów. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa