Poradnik „obsługi” młodego konia dla młodego jeźdźca

koń_2

Rys. Jarosław Figan

Moja znajoma amazonka namawia mnie do pisania „poradnika obsługi młodego konia”. Obsługi, poczynając od momentu jego zakupu. Nie da się jednak napisać poradnika i rozpisać wytycznych w punktach ale mogę pisać posty o tym, jak uniknąć pewnych błędów. Nie jest to łatwe zadanie, bo często młode konie kupują jeźdźcy zupełnie nieprzygotowani do pracy z młodym zwierzęciem. Za to jeźdźcy bardzo pewni tego, że już wszystko wiedzą na temat jazdy na wierzchowcach. Często młode konie kupują też jeźdźcy, których wiedza opiera się tylko na doświadczeniach zebranych w szkółkach. Osoby takie raczej nie zrozumieją moich pewnych sugestii.

Jazda konna w szkółkach jeździeckich na szkółkowych wierzchowcach daje czasami poczucie „wszystko wiedzeniana temat koni i jeździectwa. Jest to bardzo złudne poczucie. Pewności o swoim pełnym i totalnym jeździeckim wykształceniu dodają też zapewne zdawane odznaki jeździeckie. Ta pewność siebie dopada niejednokrotnie dzieci, którym przyklaskują rodzice będący jeździeckimi i konnymi laikami. Dlaczego twierdzę, że to właśnie rodzice laicy przyklaskują? Bo jeżdżący rodzic raczej nie będzie utwierdzał swojego dziecka w takim przekonaniu. Jeżdżący rodzic wie, jakie zagrożenia niesie ze sobą pasja jeździecka. Wie, że przekonanie o swojej nieomylności prowadzi do rutyny, a rutynowe działania przy koniu i na koniu mogą być zgubne. To przekonanie o pełnej już wiedzy jeździeckiej młodego jeźdźca jest głównym czynnikiem popychającym do decyzji kupna konia dla tego adepta sztuki jeździeckiej. Dodatkowymi czynnikami są kwestie finansowe i myślenie typu: po co płacić za szkółkowe jazdy, lepiej utrzymywać własnego konia. Może i racja, że lepiej pracować ze swoim wierzchowcem, tylko błędem rodziców jest nie wkalkulowywanie w koszty posiadania konia dalszych szkoleń dla młodego człowieka. Nie wkalkulowują, bo w końcu po co? Nasze dziecko umie już jeździć – poradzi sobie samo.

Często, nie radząc się nikogo, rodzice wraz z dzieckiem rozpoczynają poszukiwania odpowiedniego wierzchowca. Często też wybór pada na młodego konia, którego w ekspresowym tempie jakiś handlarz nauczył by przyjął jeźdźca. Równie często kupno takiego konia nie jest poprzedzone ani badaniami weterynaryjnymi, ani konsultacjami z doświadczoną osobą, która mogłaby wytłumaczyć, że na młodego konia nie wsiada się po to, żeby na nim jeździć na młodego konia wsiada się, żeby przygotować go fizycznie i psychicznie do pracy z jeźdźcem i pod nim. Podobnie jest z pracą na lonży – młodego konia się nie lonżuje, tylko z ziemi uczy pracy.

Prędzej czy później dziecko, które zostało szczęśliwym właścicielem młodego konia, zaczyna szukać pomocy i wsparcia. Zacznie szukać, bo wymarzony koń nie zamierza wykonywać jakichkolwiek poleceń. Oczywiście, najpierw takie dziecko będzie szukało wsparcia u rodziców. Rodziców, którzy nie mieli nigdy bliższej styczności z wierzchowcami i niejednokrotnie ich się po prostu boją. Nie zostawią jednak przecież dziecka bez opieki. Wsparcie takiego rodzica to jednak za mało – przyda się ktoś, kto spektakularnie wprawi takiego młodego konia w ruch. Zazwyczaj znajduje się taka osoba. W każdej stajni jest osoba, która siłową i psychiczną presją sprawi, że koń zacznie uciekać od bata i reagować na ból zadany w pysku. Zawsze znajdzie się osoba, która pomoże i szybko oduczy konia buntu. A przecież dziecku i rodzicom o to chodzi – koń ma chodzić, a potem już dziecko da radę. Potrzebna jest tylko pomoc w spektakularnym uruchomieniu zwierzęcia. Z grona osób chcących udzielić pomocy wybór pada na pomocnika pracującego spektakularnie. Osoby oferujące pomoc w zdobyciu szerszej jeździeckiej wiedzy nie są przecież takiemu dziecku potrzebne. Takie dziecko nie chce wiedzieć, że jego jeździecka wiedza jest pełna.

Dla takich świeżo upieczonych właścicieli młodego wierzchowca nie ma znaczenia, przy wyborze pomocnika, wizerunek wierzchowca, który wozi na grzbiecie owego jeźdźca. Nie ma znaczenia, że koń spektakularnego pomocnikajest tak spięty, sztywny i obolały, że ledwo idzie. Nie ma znaczenia, że wierzchowiec ten kuleje na wszystkie nogi (nie wyolbrzymiam), że tylne nogi tego konia są ciągle opuchnięte i wyglądają jak dwa równo ociosane kołki. Nie ma znaczenia, że koń „spektakularnego pomocnika” galopuje odbijając się z dwóch tylnych kończyn jak zając, zmieniając przy tym nieustannie kolejność ustawienia tych kończyn. Nie ma znaczenia fakt, że spektakularny pomocniknadal jeździ na tym kulejącym zwierzęciu. To wszystko nie ma znaczenia, bo rodzina laików nie jest w stanie tego zauważyć. A przecież to, w jakim zdrowiu fizycznym i psychicznym jest zwierzę będące pod opieką danego człowieka i pracujące pod nim, świadczy o tym jaką jeździecką wiedzę posiada ten człowiek.

Dlaczego to wszystko, o czym wyżej napisałam, powinno mieć znaczenie? Powinno, ponieważ spektakularny pomocnikgoniąc konia na lonży w szalonym i „uciekającymtempie nie uświadomi młodego jeźdźca i jego rodziców, że ich podopieczny, pracując w ten sposób, przeciąża swoje kończyny. Obolałe i przeciążone kończyny powodują, że koń mimo bardzo młodego wieku wlecze się w stępie tak, jakby miał za sobą całe życie ciężkiej pracy. Spektakularny pomocniknie uświadomi, że wlecząco–szurający sposób chodzenia wierzchowca nie pozwoli na zbudowanie mięśni zadu i grzbietu. Nie pozwoli zwierzęciu na prężenie grzbietu. „Pomocnik” nie uświadomi, że tylko z wyprężonym grzbietem i zaangażowanym ruchem zadnimi kończynami wierzchowiec może swobodnie nieść jeźdźca. Nie uświadomi, że nawet przy lekkim jeźdźcu brak wyprężonego grzbietu powoduje u konia dyskomfort pracy.

Spektakularny pomocniknie uświadomi, że zbyt szybkie tempo ruchu w kłusie i galopie podczas biegania na kole powoduje, że koń traci równowagę. Nie uświadomi, że właśnie przez utratę równowagi koń wiesza się na lonży tak mocno, że kantar (bo na początku lonżują konia na kantarze) obraca się o prawie 180° i wbija się w oko zwierzęcia. Nie uświadomi, że przez utratę równowagi wierzchowiec w galopie wypada daleko poza wyznaczone lonżą koło i uwieszony na lonży musi nieraz ratować się przed upadkiem. Spektakularny pomocniknie uświadomi, że przy takim bieganiu konia tworzą się niezdrowe napięcia mięśni w ciele podopiecznego. Nie uświadomi, że koń ratując się przed upadkami wykrzywia ciało. Nie uświadomi, że zwierzę krzywo ustawia części swojego ciała by móc biegać w kółko przy braku równowagi. Nie uświadomi, że zbyt duże tempo prowokuje zwierzę do przeciążania przodu. Nie uświadomi, że koń pomaga sobie w niesieniu przeciążonego przodu poprzez zadzieranie głowy. Pomocnik nie uświadomi, że to wszystko razem i z osobna jest przyczyną buntu konia, nieposłuszeństwa, braku chęci do ruchu, kulawizn, opuchlizn na nogach itd. Dlaczego spektakularny pomocniknie uświadomi tego wszystkiego? Bo sam tego nie wie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu jeźdźców najważniejsze w jeździectwie jest tylko to, żeby koń chodził pod jeźdźcem w trzech chodach i w kierunku wskazanym przez jeźdźca. Jeszcze długo, a może zawsze, będą jeźdźcy dla których tylko spektakularne „postępy” w jeździectwie będą ważne. Jednak zawsze też znajdzie się garstka jeźdźców, którzy będą chcieli mieć świadomość tego, skąd się biorą takie a nie inne zachowania koni, jak je zrozumieć i jak zrozumiale przekazywać podopiecznemu prośby i polecenia.

Takich jeźdźców namawiam do współpracy z trenerem, który wie wszystko to, czego nie wie „spektakularny pomocnik”. https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2018/01/mode-konie.html

Posty powiązane: https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/04/rodzice-dziecko-i-kon.html

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi, Tomka i Ewy. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

 

Reklamy

Koń w zastępie

Koń w zastępie

Rys. Jarosław Figan

Prawie każdy, kto zaczyna naukę jazdy konnej, zaraz po ćwiczeniach na lonży trafia do tak zwanego zastępu. Z jednej strony jazda taka ułatwia wiele spraw, z drugiej utrudnia indywidualną relację jeźdźca z koniem. Koń jadący jak drugi i następny w takim zastępie, zawsze będzie skupiał się na zadzie towarzysza maszerującego przed nim. Jest sporą sztuką skupić szkółkowego konia na sobie w takich warunkach. Jest sporą sztuką wyegzekwować prawidłową reakcję na sygnały, gdy koń skupiony jest na powtarzaniu ruchów zwierzęcia z przodu. Konie w zastępie ruszają, zmieniają chód i podążają w danym kierunku, gdy taki ruch wykona towarzysz przed nimi. Tak naprawdę koniem, który jest prowadzony przez jeźdźca, jest ten na czele zastępu. Niestety konie czołowe często chodzą na pamięć, prowadzone płotem, wydeptaną ścieżką, rutynowymi i znanymi już sobie szlakami.

Koń, który współpracuje z jeźdźcem, powinien być na nim skupiony. Skupiony na „rozmowie”, na tym żeby słuchać opiekuna i mu odpowiadać. Dla koni takie skupianie się na jeźdźcu to trudna praca umysłowa. Natura nie przygotowała tych zwierząt do takiego rodzaju wysiłku. Każdego wierzchowca tego skupiania się trzeba nauczyć. Konie szkółkowe nie są tego uczone, nie są do takiej pracy przygotowywane. Dodatkowo, koń szkółkowy musiałby skupić się dziennie na iluś jeźdźcach, z których każdy inaczej daje sygnały. Żaden z tych jeźdźców nie słuchai nie rozumie też tego, co podopieczny ma do „powiedzenia”. Nie ma więc świadomej interakcji między jeźdźcami a koniem szkółkowym.

Skupianie się konia szkółkowego na zadzie innego zwierzęcia ułatwia mu więc pracę. Dlatego częstym problemem jeźdźców jeżdżących w zastępie, jest niemożność namówienia konia (na którym akurat jadą) do wyjścia na czoło zastępu. Chodzenie w zastępie na jego czele, wymusza na zwierzęciu chociaż częściowe skupienie się na człowieku. Dlatego szkółkowe wierzchowce bronią się przed wyjechaniem na przód zastępu. Do tego, konie szkółkowe to zmęczone i obolałe zwierzęta. Podążanie za zadem innego konia pozwala im na takie zachowania, które niwelują albo przynajmniej nieco wygłuszają zmęczenie i bolesności. Skupianie się na jeźdźcu znacznie im to utrudnia.

Pomysły na wyegzekwowanie od konia wyjścia na czoło zastępu nie są zbyt kreatywne. Instruktorzy najczęściej zalecają użycie bata i siłowe przepychanie. Zgadzam się, że takie siłowe działanie przynosi w końcu efekty. Zgadzam się też, że użycie bacika przynosi efekty i pomaga w wypchnięciu wierzchowca naprzód. Pomaga wówczas, gdy koń boi się bata i siłowej presji bardziej, niż pracy w skupieniu na jeźdźcu. Pomaga wówczas, gdy koń nie rozumie i nie umie skupić się na opiekunie. Przepchnięty koń po wyjściu na czoło zastępu często też odpuszczai przestaje się zapierać przed wykonaniem polecenia, bo nie widzi już szans na wygraną. Czasami jednak opór konia i chęć pozostania za zadem kolegi czy koleżanki jest tak silny, że zwierzę nie ulegnie żadnej siłowej perswazji.

To tyle jeśli chodzi o prawdopodobne przyczyny zachowania koni pracujących w zastępie. Jak sobie poradzić z brakiem „posłuszeństwa” konia szkółkowego? Oczywiście najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby treningi nie były prowadzone w zastępie. Jednak dla instruktorów praca z zastępem jest dużo łatwiejsza. Nie mówiąc już o kwestiach finansowych.

Jeździec może spróbować popracować nad tym, żeby koń nauczył się skupiać się na nim, gdy idzie w zastępie. Żeby się skupiał mimo, że idzie za innym koniem. Pracę nad skupianiem należałoby zacząć od regulowania tempa. Jadąc za innym koniem trzeba zacząć namawiać podopiecznego, żeby mocno zwolnił. Namawiać, żeby wyraźnie zwiększyła się odległość między koniem, na którym jedziecie, a tym przed wami. Zaraz potem należałoby popracować z wierzchowcem nad zmniejszeniem tej odległości i dogonieniemkonia idącego z przodu. Po czym znowu należy namówić wierzchowca do zwiększenia odległości i tak na zmianę.

Jednak doganianie” przez konia towarzysza z przodu nie może odbyć się na zasadzie: puszczam Cię i go goń. Nie – wierzchowiec musi zwiększyć tempo na wyraźną prośbę jeźdźca i iść tempem dokładnie przez jeźdźca określonym.

Prosząc konia o zwolnienie tempa, nie wolno zaciągać wodzy. Należy popracować wodzami, jednak niech to będą pociągnięcia – lekkie szarpnięcia. Muszą być krótkie i powtarzane do momentu aż zwierzę zaprzestanie prób samowolnego rozpędzania się. Pracując wodzami, jeździec musi zacząć równocześnie coraz wolniej huśtać biodrami albo anglezować zależy od chodu zwierzęcia. Wyobraźcie sobie, że nie siedzicie na koniu tylko biegniecie albo maszerujecie i jest to bardzo wolny i spokojny bieg czy marsz. Maszerujcie długimi krokami. W rytm tych kroków z wyobraźni zacznijcie huśtać biodrami albo anglezować. Wasze huśtanie i anglezowanie będzie podpowiedzią dla konia w jakim tempie ma kłusować. Nie wiem w jaki sposób nauczono was pracować łydką. Podpowiem, że łydki jeźdźca powinny pukać, masować albo dotykać boków konia. Wszystko zależy od tego, jaką informację chcecie przekazać podopiecznemu i od reakcji wierzchowca na te sygnały albo jej braku. Na pewno nie powinno się ściskać konia łydkami. Zwracam na to uwagę, bo mimo, że chcecie poprosić konia o wolniejsze tempo, to powinniście pracować łydkami (pukać) prosząc w ten sposób konia o podstawienie zadu. Czyli o to, żeby stawiał kroki zadnimi nogami, jak najmocniej pod brzuchem. Przy takiej pracy koń się „skraca”, a krótkiemu zwierzęciu łatwiej jest zwolnić tempo.

Gdy chcecie poprosić wierzchowca o zwiększenie tempa, to sygnały którymi się z nim porozumiewaliście do tej pory pozostają nie zmienione, z tym, że pukające wasze łydki proszą dodatkowo podopiecznego o nieco szybsze stawianie kroków. W swojej wyobraźni musicie więc przyspieszyć rytm i tempo swojego marszu czy biegu. Wbrew pozorom nie przestajecie pracować wodzami. Bez tych sygnałów dawanych wodzami koń pobiegnie własnym tempem – zbyt szybkim tempem. To pozornie proste ćwiczenie nauczy konia skupiać się na pracy z wami. Nauczy go też regulować tempo na waszą prośbę. Zniknie wówczas problem z namówieniem konia do wyjścia na przód zastępu.

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi, Tomka i Ewy. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Koń uczy się zawsze

Zdjęcie do koń uczy się zawsze

Fot. Olga Drzymała

Prawie każdy, kto postanawia zrealizować marzenie o tym żeby jeździć konno, trafia na początek do szkółki jeździeckiej. Późniejsze losy jeźdźców są różne. Niektórzy prędzej czy później rezygnują z tej aktywności fizycznej, ponieważ jeździectwo okazuje się jednak nie być pasją wartą zaangażowania. Rezygnują, bo często rzeczywistość jeździecka mocno odbiega od wcześniejszych wyobrażeń o tym sporcie i wiedzy zaczerpniętej z filmów i książek. Część jeźdźców korzysta z ofert różnych ośrodków jeździeckich i całe jeździeckie życie spędza na grzbietach koni udostępnianych przez te ośrodki. Wielu jeźdźców decyduje się jednak w końcu na kupno własnego konia. Droga szkolenia jeździeckiego, a potem pasji jeździeckiej wszystkich tych jeźdźców, przebiega w większości przypadków w przekonaniu, że oni się uczą jeździć konno a koń ten czy inny już „umie”. Nie wiedzą co „umieale umie. Po jakimś czasie to przekonanie nieco ewoluuje i jeźdźcy są pewni, że oni już też „umieją. O koniu, jako uczącej się istocie, zaczynają myśleć tylko ci jeźdźcy, którzy postanowili kupić wierzchowca młodego albo ci, którzy chcieliby nauczyć swojego podopiecznego wyższych figur ujeżdżeniowych. Niewielu z jeźdźców jest w stanie uświadomić sobie, że koń uczy się zawsze do końca swojej drogi jako zwierzę służące człowiekowi. Musicie zdać sobie sprawę, że uczycie konia nawet wówczas, gdy nie macie takiego zamiaru. Uczycie nawet wówczas, gdy nie macie świadomości tego, że jesteście swego rodzaju nauczycielami dla swoich podopiecznych.

Wsiadając na konia, uczycie go chcąc albo nie chcąc, że można z wami podczas pracy rozmawiać albo uczycie, że jesteście osobami, które tylko i wyłącznie wydają polecenia. Wydają je i żądają ich wykonania bez względu na wszystko. Żądając – jeździec uczy konia, a może raczej prowokuje do buntu albo do bezmyślnego i automatycznego wykonywania poleceń. Wsiadając na grzbiet końskiego partnera uczycie tego, że potraficie go słuchać ze zrozumieniem albo uczycie, że nie potraficie słuchać i jesteście głusi na jego „sugestie” i „argumenty”. Uczycie wierzchowca, że potraficie być tylko biernym pasażerem w związku z tym, musi on sobie radzić sam z problemami albo uczycie, że wasza wiedza na temat biomechaniki koni jest duża i poprowadzicie zwierzę jak fachowy trener swojego podopiecznego sportowca. Musicie bowiem zdać sobie sprawę, że każdy koń wożący człowieka na grzbiecie jest sportowcem. Nawet te wierzchowce, które rekreacyjnie („lajcikowo”) wożą was w teren są sportowcami. Dla konia wożenie pasażera na plecach jest tak dużym wysiłkiem, że każde z tych wierzchowych zwierząt zostaje sportowcem mimo woli. Tylko od was zależy czy ten sportowy wysiłek sprawi zwierzęciu przyjemność i przyniesie zdrowotne korzyści czy doprowadzi jego ciało i psychikę do ruiny.

Wielu jeźdźców wsiadając na grzbiet konia zdaje sobie sprawę z roli jaką przyjmuje – z roli szkoleniowca. Jeźdźcy ci nieustannie uczą się tego, jak rozumieć podopiecznego i jak w zrozumiały sposób przekazywać mu informacje. Według mnie, jednak takich świadomych jeźdźców jest zbyt mało. W większości, miłośnicy podróżowania w siodle pełnią rolę biernego balastu na plecach jucznego zwierzęcia i są nieświadomi swojej edukacyjnej roli.

Ci nieświadomi jeźdźcy nie zdają sobie sprawy z tego, że niestety intuicja nie podpowiada koniom jak ustawiać ciało, rozluźniać mięśnie i równoważyć ciało pod jeźdźcem. Intuicja podpowiada im takie zachowania i reakcje ciałem na balast na plecach, które czynią ciało spiętym i sztywnym. Nie reagując na te nieprawidłowe odruchy, uczycie podopiecznego, że może pracować w złym ustawieniu i z brakiem równowagi. I nie dotyczy to tylko młodych koni. Przejmując konia zajeżdżonego i nawet jeżdżonego przez dłuższy czas, również uczycie go prawidłowych i nieprawidłowych zachowań. Jeździec poprzez zaniechanie świadomej pracy z koniem, może nauczyć fatalnej pracy zwierzę, które do tej pory pracowało prawidłowo – pracowało prowadzone przez innego jeźdźca.

Na czym polega ta wasza niechcąca nauka? Przyjrzyjmy się najpierw obsłudze konia. Na przykład ustawiając konia w „stanowisku, w którym przygotowujecie go do pracy przepychacie konia, żeby przesunął zad i rezygnujecie, gdy nie ma efektu i prawidłowej reakcji konia. Już przy tak prostej czynności uczycie go wielu rzeczy. Uczycie, że może nie wykonać polecenia, bo wy nie jesteście konsekwentni w dążeniu do wyegzekwowania reakcji na polecenie. Uczycie, że nie jesteście konsekwentni, cierpliwi i uparci w dążeniu do porozumienia z podopiecznym. Uczycie wierzchowca, że może zapierać się w reakcji na dotyk człowieka i napinać mięśnie. Uczycie go, że może nie wysilać się, żeby zrozumieć o co prosi opiekun. Uczycie go, że nie potraficie wytłumaczyć mu prośby inaczej niż przez użycie siły. Uczycie odwzajemnić siłę siłą. Uczycie, że nie jesteście kreatywni w szukaniu porozumienia z wierzchowcem, w związku z tym on też nie musi być kreatywny.

Tak prosta rzecz jak zapinanie popręgu – prawie wszystkie konie nadymają się i napinają przy tej czynności dlaczego? Ponieważ to wy jeźdźcy uczycie tego swoich podopiecznych. Koń przygotowywany do treningu jest często wyciągany prosto z boksu – zastany, nierozgrzany i sztywny. Przy takim zimnym” ciele, od razu po założeniu siodła zaciągacie maksymalnie popręg. Reakcja konia może być tylko jedna – przeciwstawia się sile zaciskającego popręgu i się napina. Żaden z moich podopiecznych koni nie nadyma się przy zapinaniu popręgu, bo zawsze zapinam go luźno i delikatnie podpinam o kolejną dziurkę dopiero, gdy koń pokona trasę ze stajni na plac treningowy. Często zanim wsiądę oprowadzam konia parę kółek i dopiero wówczas dopinam popręg tak, by móc wsiąść.

A podawanie kopyt do czyszczenia? Siłując się z koniem i odrywając mu nogę od ziemi uczycie go, że właśnie na tą nogę ma przerzucić cały ciężar. Używając siły uczycie podopiecznego, żeby siłą skontrował wasze zabiegi. Uczycie go, by nie podawał nóg tylko czekał aż człowiek mu je podniesie, a to prowokuje zwierzę do kontrreakcji. Uczycie konia opierać się o was całym ciężarem, ponieważ przy podrywaniu jego nóg napieracie na jego łopatki czy biodra całym ciężarem swojego ciała. Uczycie podopiecznego, że nie macie pojęcia jak w zrozumiały sposób wytłumaczyć mu, żeby podał kopyta do czyszczenia sam. Często postępujecie tak, bo inni też tak z danym koniem postępowali i „chwyta was niesamowite zdziwienie”, że koń w którymś momencie nie chce w ogóle podać nogi albo ją wyrywa a nawet się odkopuje. Postępując jak inni – pracując siłowo, utwierdzacie w koniu złe nawyki a nawet namawiacie na ich wzmacnianie.

Podczas jazdy, gdy wierzchowce pracujące pod wami wiszą wam na wodzach albo zadzierają głowę, pędzą, albo się wloką, ścinają zakręty albo w ogóle nie chcą wykręcać w jedną ze stron – wówczas uczycie je, że tak można, że tak jest dobrze. Uczycie, że nie macie pojęcia jak zniwelować błędy – uczycie, że nie rozumiecie z czego te błędy wynikają, więc wierzchowiec może je powielać podczas każdej wspólnej pracy. Uczycie konia, że będziecie podtrzymywać wodzami jego wiszącą głowę, szyję a nieraz i cały przód ciała. Ponieważ nie potraficie przekazać informacji, prośby i plecenia mówiącego, że „nie wolno wisieć, że podopieczny powinien sam nieść ciężar swojej szyi i głowy. Te obciążone z jednej i zaciągane z drugiej strony wodze nie są w stanie zwolnić samowolnego i nadmiernego tempa biegu konia. Uczycie więc konia, że może tempo chodów regulować samowolnie. Uczycie, bo nie chce wam się zrozumieć przyczyny tego nadmiernego rozpędzania się konia ani nie chce się wam zrozumieć, że wodze nie powinny być hamulcem. Nie chce wam się zrozumieć, że o wyregulowanie tempa trzeba umieć wierzchowca poprosić i to wcale nie poprzez wodze.

Uczycie konia, że jest sprzętem sportowym, bo nie obchodzi was, że nosi was na grzbiecie mając źle ustawione ciało, spięte mięśnie i usztywnione stawy. Z drugiej strony oczekujecie od podopiecznych bezwzględnego posłuszeństwa. Powinniście sobie jednak uświadomić, że źle ustawione ciało, spięte mięśnie i usztywnione stawy są przyczyną nieposłuszeństwa” konia. To są przyczyny nie reagowania zwierzęcia na sygnały nakazujące jazdę w którąś ze stron, wypadania łopatką na zewnątrz łuku albo ścinania zakrętu. Czekając z nadzieją, że może na następnej jeździe będzie lepiej i samo się naprawi” uczycie konia, że ma nadal pracować powykrzywiany i spięty każda kolejna wasza jazda koduje jeszcze mocniej błędy zwierzęcia.

Każda z osób biernie siedząca w siodle, która nie umie świadomie poprowadzić konia, która nie zdobywa wiedzy na temat jego biomechaniki, uczy go kombinowania. Bo to co jeźdźcy nazywają kombinowaniem podczas wożenia jeźdźca jest po prostu radzeniem sobie konia z niedogodnościami ustawienia ciała, radzenia sobie z brakiem równowagi, z bolesnością wynikającą ze spięcia mięśni i usztywnienia stawów. Uczycie konia jak uchronić się przed pracą jeżeli czuje ból albo pracować tak, by ten ból zminimalizować.

Powiązane posty: „Zdobywanie wiedzy”

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi, Tomka i Ewy. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Dlaczego koń mnie atakuje podczas lonży?

Praca na lonży

Fot. Olga Drzymała

„Dzień dobry.
Mam problem z klaczą podczas lonżowania. Wszystko byłoby super gdyby nie fakt, że próbuje mnie atakować. Kładzie uszy, napina grzbiet, głowa nisko, szyja zgięta i robi przeskoki w moją stronę. Myślałam, że to może przez bat, ale nawet praca bez niego nic nie daje. Bez lonży jest usposobieniem dobroci i bezpieczeństwa. Pod siodłem czy na spacerach, czyszczenie i cała reszta jest wtedy mega posłuszna. Dlaczego tak jest?”

Zacznę od oczywistego stwierdzenia każdy koń jest inny. Inne powinny być też relacje jeźdźca z każdym koniem z osobna. Wielu jeźdźców wolałoby jednak, żeby każdy koń zachowywał się i reagował przewidywalnie, książkowo i tak, jak większość uległych zwierząt. Wielu jeźdźców chciałoby, żeby wszystkie konie reagowały sztampowo na działania danego człowieka. I też wiele koni tak reaguje, dlatego ogromnym zdziwieniem napawa fakt, że jakiś koń zareagował inaczej na działanie tegoż jeźdźca. Ponieważ koń nie reaguje sztampowo, jest inny, przekracza ramy, normy i granice nie znane danemu człowiekowi, to ów człowiek nie ma pojęcia co robić i jak pracować akurat z tym podopiecznym. Człowiek nie rozumie takiego konia. I właśnie od prób zrozumienia trzeba zacząć budować relacje z takim koniem.

Pierwsza sprawa, to jeżeli koń jest grzeczny przy obsłudze i podczas treningu, ale podczas lonży atakuje i nie współpracuje to znaczy, że czuje się bezpiecznie w obecności człowieka. Podczas lonży taki koń czuje się odganiany – czyli czuje się karany – karany za nic. Taki odganiany koń czuje strach. U niektórych wierzchowców ten strach powoduje, że stają się uległe. Inne ze strachu stają się agresywne. Agresywnie domagają się dopuszczenia do osoby, przy której czują się bezpieczne. Wiele koni potrzebuje czasu, żeby zrozumieć, że bieganie na lonży jest pracą i że nadal znajdują się pod opieką swojego opiekuna. Zauważcie, że często te atakujące podczas lonży konie, gdy podbiegną do opiekuna stają się grzeczne i uległe. Czują się też bezpieczne i dzięki temu zadowolone.

Jak pracować z takim koniem? Na początku trzeba pracować blisko. Trzeba z nim chodzić ramię w ramię” po kole. Trzeba nawet próbować biegać – radziłabym jednak biegać na krótkich odcinkach. Potem nadal trzeba z nim chodzić i biegać ale w pewnej odległości od siebie. Dystans między koniem i opiekunem powinien wyznaczać np. bat ujeżdżeniowy, który musi być traktowany przez konia jak przedłużenieręki opiekuna. Bat dla konia musi być nośnikiem informacji, narzędziem migowej mowy, a nie straszakiem. Człowiek podczas chodzenia czy biegania powinien podchodzić do konia i odchodzić budując dystans. Wierzchowiec musi nauczyć się, przy tych manewrach opiekuna, nie schodzić z wyznaczonej ścieżki na kole. Jeździec natomiast musi wiedzieć jak rozmawiać z koniem, żeby ten zrozumiał, gdzie jest owa ścieżka. Człowiek musi też wiedzieć, jak rozmawiać z podopiecznym na temat dopasowania rytmu i tempa jego kroków, do rytmu i tempa swoich kroków. Sygnały proszące przyspieszającego i wyprzedzającego nas konia, na pewno nie powinny być siłowym przytrzymywaniem.

Po jakimś czasie dystans między koniem i jego opiekunem powinien zwiększyć się do długości bata do lonżowania, który nadal powinien być traktowany przez zwierzę jako pomoc w konwersacji. Ostatnim etapem jest wyegzekwowanie dystansu równego długości lonży i przyjęcie przez jeźdźca pozycji w środku koła.

Inną kwestią jest to, czy koń jest lonżowany przez opiekuna? Czy może opiekun pracuje z wierzchowcem na lonży? Dla mnie jest to ogromna różnica. Praca to regulowanie tempa i rytmu podopiecznego. To tłumaczenie zwierzęciu, jak powinien ustawić ciało, żeby było mu wygodnie rysować regularne koło. To tłumaczenie podopiecznemu, jak powinien ustawić łopatki i regulować równowagę boczną. To tłumaczenie koniowi, jak powinien zaangażować zadnie kończyny, by móc odciążyć przednie. To szukanie spiętych mięśni i namawianie zwierzęcia do ich rozluźnienia.

Bez tego wszystkiego nie ma pracy – jest przeganianie konia na lonży. A przeganianie stwarza wiele sytuacji, w których wierzchowiec czuje dyskomfort i ból. Jeżeli zwierzę ścina koło z jednej strony, to prawdopodobnie za chwilę i z drugiej strony wypadnie na zewnątrz koła, uwieszając się przy tym na lonży i zadając sobie ból. Boli też konia nieustanne wiszenie na lonży trzymanej siłowo prze opiekuna. Boli i stwarza dyskomfort bieganie po ścieżce przypominającej wielokąt, jajo albo bliżej niezidentyfikowany szlaczek. Sprawia to dyskomfort, bo brak regularnego koła oznacza, że koń biega z powykrzywianym i źle ustawionym ciałem. Dyskomfort sprawia zwierzęciu zbyt szybkie pokonywanie „koła” na loży i pokonywanie go bez zrównoważenia ciała. Ból i dyskomfort o których napisałam, wprawia większość koni w stan rezygnacji, uległości, tumiwisizmu, apatii. Jednak część koni nie godzi się na taką „pracę”. Nie chcą czuć bólu i dyskomfortu. Próbują zwrócić uwagę opiekuna na swoje problemy. Często robią to subtelnie i dopiero nie widząc odzewu, stają się agresywne i atakujące. Czasami jednak agresja rodzi się w nich od razu. Praca na lonży jest sztuką – przeganiać na lonży prawie każdy jeździec umie. W zrozumieniu, czym jest praca na lonży, powinien pomóc sposób przyuczania konia, jaki opisałam wcześniej. Praca na lonży jest to jednak przede wszystkim umiejętność widzenia konia pod kątem poprawności ustawienia, poprawności zrównoważenia i rozluźnienia ciała. Żeby się tego nauczyć, potrzeba czasu, ćwiczeń i osoby, która poprowadzi przez arkana sztuki pracy na lonży.

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi, Tomka i Ewy. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

 

Dlaczego mój koń nie skacze?

Skoki

Fot. Kama Kin

Czy to możliwe aby koń nie umiał skakać? Pytanie to zadane zostało w pewnej grupie i dotyczyło klaczy, która została kupiona, gdy miała 4 lata – klacz do zajeżdżenia. Podobno – koń ideał ! „Ganaszowanie, piękny chód. Przez drągi to on kocha chodzić ale problem z przeszkodami. Jest kierowana na nią i albo leci tak, jakby jej nie było – co skutkuje strąceniem, albo podnosi nogi jak do drągów. Nigdy, powtarzam, nigdy nie skoczyła. Parę razy zdarzyło jej się nawet wywalić o małego krzyżaka. Jak nauczyć ją skakać?

Zastanawiam się po czym ludzie rozpoznają, że koń coś kocha? Oczywiście każdy wierzchowiec ma inne predyspozycje ruchowe i jedne ćwiczenia łatwiej jest mu wykonać, inne trudniej. Niektóre ćwiczenia wykonuje z większą lekkością i swobodą, przy innych czujemy jego opór i sztywność. I te predyspozycje jeździec jest w stanie ocenić. Natomiast stwierdzenie, że koń kocha jakiś konkretny wysiłek jest mocnym naciąganiem rzeczywistości. Doświadczenie oparte na obserwacji wielu jeźdźców i ich podopiecznych podpowiada mi, że to stwierdzenie o miłości do pokonywania drążków lub innego wysiłku, oparte jest na tym, że koń pokonuje je w dość sporym tempie i bez buntu. Brak buntu to dobry objaw, natomiast nadmierne tempo już nie. Chociaż ten brak buntu może wynikać z przyzwyczajenia zwierzęcia do wykonania danego ruchu – może wynikać z faktu, że koń działa rutynowo. A rutyna w pracy nie jest już dobrym objawem. Moje przeświadczenie o zbyt szybkim tempie przy tym akurat ćwiczeniu, opieram na stwierdzeniu autorki pytania mówiącym, że klacz leci na przeszkodę. Jeżeli koń leci na przeszkodę, to z pewnością drążków również nie pokonuje w kontrolowanym tempie.

Dlaczego jeźdźcy nie zauważają nadmiernego tempa przy najeździe i pokonywaniu drążków, a przy skokach już tak? Ponieważ zachowują się oni w inny sposób przy najeździe na drążki, a w inny przy najeździe na przeszkodę. Przed drążkami jeźdźcy nie mają oporów, by wstrzymywać konia przy pomocy bardzo silnie zaciągniętych wodzy i wędzidła. Jeżeli zwierzę nie ucieknie w bok, to zawsze przez te drążki jakoś przejdzie. Jeżeli jednak zbyt mocno człowiek przytrzyma wodzami konia biegnącego na przeszkodę, zwierzę po prostu jej nie pokona – wyłamie, staranuje albo w ostatniej chwili ucieknie na bok. W związku z tym, przy najeździe na przeszkody, jeźdźcy puszczają konia nie kontrolując tempa jego chodu. Nie kontrolują, ponieważ nie potrafią zrobić tego dosiadem. Poza tym, żeby koń mógł pokonania przeszkodę, musi mieć z czego się odbić. Albo będzie to sprężysta i napędzającą praca zadnich kończyn, albo szybkie tempo i pociągnięcie całego ciała przednimi kończynami. Pędzące konie siłę napędową i „skokową” mają z przodu ciała. Dlatego słowoodbić” w poprzednim zdaniu zamknęłam w cudzysłów. Przy pokonywaniu drążków nie jest potrzebny element odbicia”, dlatego rozpędzanie się wierzchowca przed ich pokonaniem może być nieco mniej rozpaczliwe.

Reasumując powyższy wywód – koń nie skacze ponieważ pędzi, a pędzi ponieważ jeździec nie umie namówić konia dosiadem do wyregulowania tempa. Skoro koń pędzi to ma przeciążony przód i zbyt mocno boi się upadku przy braku równowagi. Skoro koń pędzi to nie angażuje wystarczająco zadnich kończyn do pracy i nie ma tam siły napędowej i „skokowej”. Skoro koń pędzi na przeszkodę to praca na drążkach nie została wykonana prawidłowo. Drążki nie mają uczyć konia, tylko jeźdźca. Mają nauczyć jeźdźca, jak przygotować podopiecznego do wykonywania ćwiczeń w prawidłowym ustawieniu, zrównoważeniu ciała i w odpowiednim rytmie i tempie. Inaczej mówiąc – jeździec powinien przed pokonaniem drążków przez konia ocenić, jakie tempo jego wierzchowca będzie najbardziej odpowiednie do wykonania ćwiczenia i jak długie kroki podopieczny powinien stawiać, by idealnie zmieścić się w odległościach dzielących drążki. Jeździec powinien namówić wierzchowca do zaangażowania zadnich kończyny do bardziej sprężystej pracy, bo to pozwoli zwierzęciu na wysokie podnoszenie kończyn. Do zaangażowania zadu konieczne jest zrównoważenie i prawidłowe ustawienie ciała konia. I tak przygotowanego podopiecznego jeździec dopiero prosi o pokonanie drążków. Wierzchowiec pokonuje je wówczas lekko, sprężyście, w równym rytmie i optymalnym tempie. Błędem jeźdźców jest myślenie, że lekkości, sprężystości, regulowania rytmu i tempa, nauczyć może konia sam proces przechodzenia przez owe drążki – sam proces bez udziału pracy jeźdźca.

Pod pytaniem, które zacytowałam na początku tekstu, pojawiły się komentarze z radami. Sugerowano przede wszystkim jazdę w szeregu tak, by klacz powtórzyła ruch (czyli skok) konia biegnącego przed nią.

Odpowiedź autorki pytania:Specjalnie jechałam na końcu szeregu, w którym było 8 koni aby zobaczyła, że to trzeba skoczyć. I tak to strąciła i się potknęła”.

-„A próbowaliście z ziemi? Na korytarz np, na początku niech się nauczy sama a potem spróbować z jeźdźcem na grzbiecie.

Odpowiedź:„Tak, było bez różnicy. Ona umiała lecieć kłusem albo galopem i wpaść na tą przeszkodę rozwalając ją. Ewentualnie jeszcze się potykając”.

Z galopu też? Dziwne. Za innym koniem też? Puścić 2 w korytarzu i zobaczcie”.

Odpowiedź:„W korytarzu też była. Pierwszy koń skoczył a ona przeszła do kłusa i to rozwaliła. Wyglądało to, jakby nie chciało jej się podnosić nóg.

Ulżyło mi i ucieszyłam się, gdy pojawił się ten komentarz:

Może nie ma jeszcze idealnej równowagi? Uważam, że w tym wypadku potrzebny jest ktoś doświadczony w pracy z młodziakami, aby skorygował, bo wystarczyło popełnić delikatny błąd i już robi się spory problem…..”

Koń nawet bez jeźdźca może nie mieć równowagi pozwalającej na wykonanie skoku bez obawy, że się przewróci. Zła praca z młodym koniem, czyli brak pracy nad równoważeniem ciała konia, odciążeniem przodu i angażowaniem zadnich kończyn do pracy, może przynieść fatalne skutki. Źle jeżdżony wierzchowiec, nawet podczas swobodnego biegania, może poruszać się z zaburzoną równowagą, przegiętym w dół kręgosłupem i przesadnie odstawionymi w tył zadnimi nogami.

……..”Nie każdy koń też nadaje się do skoków. Ja nie praktykuję skoków na tak młodych koniach, sama mam 9-cio letnią klacz, która dopiero ogarnia skoki, ale jest super zrobiona ujeżdżeniowo i podoba jej się, że może skakać. Spróbujcie w korytarzu, od drąga do mega niziutkiej przeszkody. Spróbujcie przejść przez ‚przeszkodę’- krzyżaka na 1 dziurce, nawet stępem. Można spróbować przekonać konia na jedzenie, jeśli w korytarzu nie lubi skakać. Można też próbować skakać w innym miejscu, np. w terenie przez coś niziutkiego- to gorsze do ustawienia, ale konie szybko się na tym uczą, tym bardziej jak drugi koń skoczy, a Twój nie będzie miał wyboru. Jest sporo możliwości, dla mnie młode konie musi zjeżdżać ktoś, kto to ogarnia- tu ma znaczenie nawet delikatny błąd. Więc trener pomoże najbardziej.

Odezwał się też drugi rozsądny głos:

„Ja skupiłabym się na razie na pracy płaskiej. Widać, że koń jeszcze nie jest gotowy i nie ma co jej zmuszać, bo tylko ją zrazicie. Udoskonalajcie to co macie, 4 letni koń to jeszcze niedojrzały gówniarz, nie ma co jej jeszcze pchać na przeszkody. Praca na drągach w zupełności wystarczy, można próbować puszczać ją w korytarz na drągi w galopie i STOPNIOWO podnosić. Zmuszaniem jej do skoków tylko ją zniechęcicie i nauczycie, że przeszkody można rozwalać, a uwierzcie, że młody koń chłonie wszystko jak gąbka (zwłaszcza te złe rzeczy) i później jest trudno to wszystko odkręcić.

Przeraziła mnie natomiast porada:

Może zabrzmi to źle ale może barowanie?

Na szczęście taki scenariusz szkolenia konia nie przypadł do gustu autorce pytania:

Odpowiedź:wolałabym żeby koń nie miał zrytej psychiki na widok drągów i przeszkód.

Ktoś z piszących komentarze wpadł na pomysł, że:

„ Możliwe że po prostu ma jakąś wadę w sobie, której nie jest w stanie skorygować. Ja bym się skontaktowała z jakimś dobrym trenerem który nie zna tego konia, żeby wsiadł i sprawdził czy coś nie gra.”

Podejrzewam, że osoba ta miała na myśli nie wadę tylko właśnie błąd w pracy konia, w ułożeniu ciała czy zrównoważeniu, powstały w wyniku złego treningu. Zgadzam się z tym, że dobry trener jest w stanie ten błąd znaleźć. Rada, by zaangażować dobrego trenera jest więc na pewno mądrą podpowiedzią.

Jeszcze inne osoby radziły zainwestować w poradę weterynaryjną:

„Może ma coś z kopytami lub stawami i nie może skakać.

Albo:

Koń ideał, ganaszowanie – Ta. Koń ma na pewno jakiś problem, polecam skonsultować z fizjoterapeutą, PORZĄDNYM.

Ja w tym konkretnym przypadku jednak skupiłabym się na ujeżdżeniowej pracy, regulującej równowagę konia, ustawienie ciała, rozluźnienie i zaangażowanie zadu. Nie wiem, czy sięganiepo lekarza weterynarii czy fizjoterapeutę jest uzasadnione, jeżeli w pracy z koniem popełniane są oczywiste błędy. Niestety, ujeżdżeniowa praca nie cieszy się zbytnim powodzeniem, lepiej żeby był jakiś „guzik – pstryczek elektryczek” w postaci drążków, innego konia przed problematycznym wierzchowcem albo w postaci halterka:

A może na lonże? I jej dać drągi, potem jedną cavalettke i jak ogarnie że musi podnieść wyżej nóżki to wtedy dołożyć te cavalettki na więcej, i jak będzie dobrze to wtedy jej podwyższać te drągi.”

Odpowiedź:„Na lonży też chodziła. Z drągami nie ma problemów bo z nimi akurat świetnie sobie radzi . Ale jak już drągi były wyższe, tak że podchodziły pod małą stacjonatę to zamiast skakać próbuje to przejść i się potyka.

„Ale mi chodzi żeby drągi były z jakieś 20cm nad ziemią, nie jakoś wysoko żeby zrozumiała że musi nogi wyżej podnosić.”

„Bez jeźdźca na początek spróbujcie.

Odpowiedź:„Robiliśmy”.

A wyższe drążki?

Odpowiedź:„wyższe drągi też przechodziła a nie skakała.

„Może drągi ale wyższe, potem inne tego typu ćwiczenia na podnoszenie nóg coraz wyżej. I potem małe stacjonatki (nie krzyżaki żeby nie wyglądały jak przeszkoda tylko drągi takie jak robiła) i zwiększać stopniowo te stacjonaty. Nie znam się za bardzo ale tak mi się wydaje ze mogłoby w jakiś sposób pomoc.

Odpowiedź:„Z wyższymi drągami też robiliśmy. Ustawiliśmy później jedną małą stancjonatę trochę wyższą niż drąg , to próbowała go przejść a nie przeskoczyć.

Z ziemi niech na halterku i linie podejdzie do przeszkody i niech skacze ze stój nie będzie miała innej możliwości niż skok ale to musi być intensywne uderzenie bata w ziemię z ręka z liną do przodu. Albo później biegnij razem z nią i żebyś skakała ale musisz razem w jednym tempie żeby klacz nie była ani przed ani za Tobą, skacz Ty żeby zmusić klacz do skoku.

Ta wymiana zdań pokazuje, że żaden „pstryczek” i patent nie zadziałał.

Cytaty – pisownia oryginalna.

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi, Tomka i Ewy. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Konie do pracy w hipoterapii

Hetman

Fot. Olga Drzymała

Nie jestem hipoterapeutą jednak nie muszę być, żeby wiedzieć jak końskie ciało oddziałuje na siedzącego na grzbiecie jeźdźca. Jest wielką sztuką i niezwykłym wyczynem umiejętność rozluźnienia mięśni, stawów i całego ciała przez jeźdźca, na sztywnym, spiętym i krzywym koniu. Spięte, sztywne i krzywe ciało konia, ciało bez równowagi prowokuje, a wręcz wymusza napięcia u osoby siedzącej na jego grzbiecie. Wymusza wykrzywianie ciała i siedzenie w siodle bez równowagi. Skoro tak działa napięte ciało wierzchowca, to rozluźnione, sprężyste i wyprostowane będzie u jeźdźca wymuszało” prostowanie się, siedzenie w równowadze i rozluźnienie mięśni i stawów. Tymczasem hipoterapeutyczna rzeczywistość wygląda tak, że jako terapeuci pracują konie po wieloletniej pracy w szkółkach, po kontuzjach, po przejściach fizycznych i psychicznych, które zrobiły z tych koni zdrowotne wraki. Pracują konie z przegiętymi w dół i sztywnymi grzbietami. Konie kulejące albo ledwo powłóczące nogami. Konie powykrzywiane i pracujące z przeciążonymi przodami ciała. Pracują konie zrezygnowane, psychicznie złamane”, bez energii i jakiegokolwiek entuzjazmu do pracy. Takie konie nazywane są spokojnymi i kwalifikuje się je jako idealne do hipoterapii. Natomiast samą hipoterapię kojarzy się z „oprowadzankami” na koniu.

Mam przyjaciółkę, która jest hipoterapeutą. Hipoterapia jest jej pasją. Swego czasu rozważała kupno konia do hipoterapii. Jako poradę usłyszała od pewnej amazonki: „kup konia ze szkółki, w której jeździłam. Czasem chcą sprzedać konie, takie małe, dobrze objeżdżone, po kontuzjach, co już nie mogą dużo chodzić. Ale do hipo przecież się nadają, bo mega spokojne i dobrze zrobione.”

Monika: Nie każdy koń może być hipoterapeutą. To oczywiste, że muszą to być konie, które mają predyspozycje psychofizyczne do tej pracy. Psycho- bo często przy takich zajęciach konie spotykają się z nietypowymi zachowaniami dzieci jak i dziwnym sprzętem. Muszą być „odczulone” na piłki, kółka, a także wózek inwalidzki itp. Wymagamy od nich spokoju i opanowania w każdej sytuacji… Fizyczne predyspozycje – temat rzeka. Bo tak naprawdę, żeby dobrze przeprowadzić terapię, to musimy dobrać konia do konkretnego pacjenta. To bardzo indywidualna sprawa. Czasem to będzie musiał być koń wąski o płynnym, spokojnym, niezaburzonym ruchu. Dla innych przypadków już koń potrafiący zmienić tempo chodu i bardziej energiczny. Nie da rady pracować z koniem, który kaszle czy „lekko utyka”, a takie konie w hipoterapii często pracują. Nie da rady pracować z koniem, który reaguje na spinające się mięśnie pacjenta siedzącego na jego grzbiecie. Myślę,że większość wyedukowanych hipnoterapeutów zdaje sobie sprawę, że spięty, kulejący, kaszlący, itp. koń nie przekaże prawidłowego wzorca chodu, a może nawet zakodować złe torowanie ruchu… Dlatego większość, tak jak i ja, jest hipokrytami, bo pracuje z nieodpowiednimi wierzchowcami.

W tym miejscu Monika przysłała mi dokument pt: „ Kanony polskiej hipoterapii. Załączam link. Z kanonów polskiej hipoterapii dowiadujemy się, że:

Koń do hipoterapii powinien być wałachem, w wieku powyżej 5 lat,

specjalnie przygotowany do pracy w hipoterapii,

wysokość umożliwiająca skuteczną asekurację, zharmonizowana z wielkością pacjenta,

chód rytmiczny, elastyczny, sprężysty, wydajny.

Pożądane takie ukształtowanie poszczególnych części ciała, jakie w zasadzie odpowiada wzorcowi pokroju (m.in.: ramy prostokątne; głowa proporcjonalna, miernej wielkości; szyja prosta, umięśniona; kłąb dobrze wykształcony, szeroki, niezbyt wysoki; kłoda podłużno-owalna; grzbiet prosty, w miarę szeroki i długi, dobrze umięśniony; wyrostki kolczyste kręgosłupa niewyczuwalne; łopatka długa, ukośna; lędźwie szerokie, dobrze związane; zad silnie umięśniony, długi, poziomy; budowa i postawa kończyn prawidłowa).

Cechy ustroju psychicznego decydujące o przydatności do rozwiązywania najszerzej pojętych problemów terapeutycznych oraz minimalizujące prawdopodobieństwo wystąpienia reakcji nieprzewidywalnych (zrównoważony charakter, inteligencja, spokojny temperament, przyjazność, ufność, łagodność, cierpliwość, chętne i staranne wykonywanie poleceń, tolerancja, bez odruchów obronnych, na nagłe i niespodziewane bodźce wzrokowe, słuchowe i dotykowe, brak narowów i nałogów).

Zważywszy, że powyższe warunki mają bezpośredni związek z zapewnieniem pacjentowi jak największego bezpieczeństwa, wskazana jest znajomość pełnego życiorysu danego konia, zwłaszcza pod kątem zdarzeń traumatycznych lub pozyskanie go z profesjonalnego, godnego zaufania, ośrodka hodowlano-wychowawczego.

Jakkolwiek niewłaściwym jest dzielenie ras na „hipoterapeutyczne” i „niehipoterapeutyczne”, to obserwuje się u osobników niektórych ras więcej niż przeciętne skupienie właściwości zalecanych przy usprawnianiu koniem. W Polsce taką opinię ma populacja rasy huculskiej. Fakt ten nie oznacza, że wszystkie hucuły są przydatne do naszych potrzeb, tak jak nie wyklucza posiłkowania się wyselekcjonowanymi konikami polskimi, ślązakami, fiordingami, szetlandami, kucami felińskimi, potomstwem różnych krzyżówek z udziałem kucy lub koni małych i przedstawicielami innych, dostępnych ras. Ważne jest natomiast, by bez względu na rasę, wybór dokonywany był indywidualnie, według w/w kryteriów, zwłaszcza dotyczących sfery psychiki.

Należy dążyć do posiadania przez ośrodki hipoterapeutyczne po kilka różnych koni, celem możliwie precyzyjnego dostosowania odpowiedniego konia do aktualnych potrzeb pacjenta.

Monika: z tych kanonów akurat to, że wałach i powyżej 5 lat jest dyskusyjne?

Rozmawiałam też na ten temat z koleżanką z Białorusi, która trzy lata pracowała w swoim kraju w ośrodku hipoterapeutycznym. Tam do pracy w hipoterapii preferowano klacze powyżej piątego roku życia i takie, które były już matkami. Do pracy owe klacze były kupowane surowe, nie zajeżdżone, nie zmęczone i nie po kontuzjach. Klacze były „szykowane” do pracy od podstaw i do pracy pod upośledzonych pacjentów. Inna klacz pracowała z pacjentami z upośledzeniem psychicznym, a inna z upośledzeniem fizycznym. Końmi do pracy w hipoterapii nie mogły być zbyt małe kucyki – rytm kroków konia musiał być maksymalnie zbliżony do rytmu bicia serca.

Alina pracowała w ośrodku działającym według kanonów Międzynarodowej Gruzińskiej Szkoły Hipoterapii. Mimo, że w nazwie szkoły jest słowo międzynarodowa, to nie można znaleźć w internecie nic na jej temat. W ramach ciekawostki: czy wiecie, że jest białoruska rasa koni? Na ten temat też trudno znaleźć informację. Chyba, że wpiszecie cyrylicą nazwę państwowych hodowli tych koni. Internet wydaje się być oknem na świat, jednak jak się okazuje nie na cały świat i nie dla wszystkich ludzi.

Wracając do rozmowy z Moniką o hipoterapii:

Monika: na wszystkich stronach o hipoterapii można się zaczytywać o korzyściach płynących z tej formy terapii. O tym, jak wpływa wielopłaszczyznowo na rozwój itp. Jednak nie ma tam ani słowa o koniach. O tym, jak wożenie upośledzonych osób na nie wpływa. Niewiele jest o tym, jakie to muszą być wyselekcjonowane zwierzęta. Ani słowa o przygotowaniu do tej pracy i rozprężeniu po niej. Nie ma ani słowa o treningu koni…Ot zakłada się, że każdy koń jest zawsze przygotowany do pracy – nie ma czasu na trening ogólnorozwojowy dla koni. Nawet nie mówi się o takiej potrzebie. Jest mało prawdopodobne i graniczące z cudem, żeby konie uratowane z transportu na rzeź, kontuzjowane czy „zajechane” i wyciągnięte ze szkółek, spełniały warunki do pracy w hipoterapii.

Ja: Dokładnie. W zasadzie, to w takich hipoterapeutycznych ośrodkach powinna być zatrudniona osoba do pracy z końmi. Do rozluźnienia ich, do ustawiania, równoważenia, naprawienia błędów itp.

Monika: I dochodzimy do sedna. Wiele takich ośrodków byłoby idealnymi, gdyby były tam konie zdrowe i w pełni sprawne. Ośrodki te mają wykwalifikowaną kadrę, mają odpowiedni teren i możliwości, ale dopasowanie konia do pacjenta jest nie do „ogarnięcia”. Tam koń musi tylko iść. Nikt nie odwoła zajęć bo koń jest chory, kulawy czy zmęczony. W wielu ośrodkach jest jeszcze inne częste zjawisko – fizjoterapeuci nie mający wiedzy o koniach. Zdarza się, że fizjoterapeuci robią jakiś szybki kurs z hipoterapii i już pracują z końmi. W ośrodku, w którym pracowałam była pewna klacz, którą rzadko brano do pracy. Taka klacz „do przodu”. Dostawałam ją do pracy, nawet jak nie miałam asekuracji w postaci prowadzącego, bo ja sobie poradzę – jak mawiała szefowa. Owszem poradzę, tylko czasem kosztem dziecka na grzbiecie…

Ja: Tak podejrzewam. A na kursie uczyli Cię o potrzebach konia?

Monika: Tak. Kurs certyfikowany obejmuje hipologię i weterynarię oraz jeździectwo i pracę z koniem.

Ja: A szybki kurs to znaczy „weekend’owy”? Ile trwa kurs certyfikowany?

Monika: Weekendowy to chyba nie…trochę dłużej – ośrodki szkoleniowe robią w 10 dni. Choć spotkałam się z kursem przez internet. Ja robiłam kurs dziewięć miesięcy, w tym 2 zjazdy intensywne po 2 tygodnie i 2 tygodnie praktyk.

Ja: Podobno jest internetowy kurs instruktorski. Ale nie szukałam w necie.

Monika: Tak, widziałam kiedyś. Trzeba nagrywać filmiki i wysyłać.

Ja: Czyli jednak jest.

Monika: Wolny kraj, wolny zawód – nie trzeba mieć uprawnień ani wiedzy…Szkoda, że ludzie nie weryfikują z czyich usług korzystają.. .Nie generalizuję, bo nie zawsze trzeba mieć papiery, ale wiedzę i podejście to już tak…

Ja: Nie trzeba mieć uprawnień – instruktor jeździectwa to wolny zawód. Po co więc odstawiać fikcję z kursem internetowym?

Monika: Bo papier czasem ładnie wygląda i można nim pomachać. Zależy kto i co chce osiągnąć. Ja zrobiłam kurs hipoterapii certyfikowany, bo chciałam się uczyć tego, czego nie wiedziałam a okazało się i okazuje, że ciągle trzeba się uczyć…no chyba że prowadzi się zajęcia na zasadzie „oprowadzanki”.

Ja: Ale hipoterapeuta to też wolny zawód?

Monika: W ośrodkach, w których pracowałam byli fizjoterapeuci i pedagodzy ale nie sądzę, żeby wszyscy mieli kurs hipoterapii…a nawet jestem pewna, że nie mieli. Na zasadzie: są przecież fizjoterapeutami to mają pojęcie.

Ja: Wystarczy, że nie boją się stetryczałego konia i robią hipoterapię?

Monika: Myślę, że i takie przypadki się zdarzają..

***

Alina Kalinina, Monika Modrzyńska, Olga Drzymała

***

Powiązane Posty:  „Stare konie”„Konie szkółkowe”

Konie szkółkowe

koń_4.JPG

Rys. Jarosław Figan

W ostatnim moim poście napisałam o koniach starych. Zachęcam do przeczytania. Kontynuując temat chcę wam powiedzieć, że chyba najszybciej starzeją się konie szkółkowe. Mimo, że wierzchowce mają swoich właścicieli, którymi zazwyczaj są właściciele danej stajni i szkółki, to są te zwierzęta trochę jakby bezpańskie. Nie chcę teraz nikomu zarzucać, że wierzchowce te są pozbawione pełnej opieki. Nie- zwierzęta te są karmione, pojone, czyszczone, mają zmienianą ściółkę, zapewnia im się opiekę weterynaryjną i obsługę kowala. (Chociaż bywają ośrodki, gdzie tego brakuje.) Jednak prawie nigdy nie mają zapewnionych warunków pracy, dostosowanych do możliwości fizycznych i psychicznych każdego z koni. Dostosowanych do kondycji każdego z osobna, a w zasadzie jej braku. Konie szkółkowe nie mają zapewnionego takiego szkolenia, by nie ucierpiało zdrowotnie ich ciało i psychika. Nie szkoli się też jeźdźców, którzy dosiadają owe wierzchowce, tak by zrozumieli ich potrzeby zdrowotne, fizyczne i psychiczne. Nie uczy się adeptów sztuki jeździeckiej pracy ukierunkowanej na porozumienie z koniem.

Jakie są realia koni szkółkowych? Oto przykład:

Hej koniarze przychodzę do Was z pytaniem, jak zachęcić do jazdy leniwego konia? Jeżdżę na takim małym leniuszku i nie wiem co mam zrobić, żeby bardziej mnie słuchał.

Porady:

-Wędka z marchewką

-Ostrogi, bat i do przodu. A jeśli chodzi o konia szkółkowego, to możesz dać na tacę. Powodów lenistwa może być wiele, od zbyt małej ilości paszy energetycznej, po Twój brak umiejętności.

-Energii to ona ma raczej dużo, tylko jej się po prostu nie chce.

-Czyli po prostu nie potrafisz wyegzekwować od niej pracy. Skupiłabym się w takim razie na sobie, a nie na koniu.

-U nas w stajni podobna klacz jest. Nie jest leniwa tylko po prostu cwana. Zaczynając jeździć mogłam sobie stać gdzie i kiedy jej się zachciało i mogłam robić cokolwiek łydkami a ona nic. Nadal nic się u niej nie zmieniło, za to ja jeżdżę dużo lepiej i teraz pode mną od najdelikatniejszej łydki idzie. Także może w Tobie tkwi problem 😉

-U mnie działa długi bat

-Dokładnie. Czasami nawet nie trzeba go używać – ważne, że tylko jest.

-Nikt wyżej nie podał tego sposobu, więc spróbuj konia zaciekawić jazdą oraz wyczulić na pomoce, rób wolty, zatrzymania, wydłużenia, skrócenia, przejścia, wężyki, zmiany kierunków.

-pojedź w teren z drugim koniem co lubi szybkość, to go pociągnie za sobą.

Gdzie w tym wszystkim jest koń – żywe, czujące stworzenie? Szkółkowi jeźdźcy szukają porad na forach, w grupach i otrzymują informacje od innych – obecnych albo byłych szkółkowiczów. Nikomu z pytających ani odpowiadających na pytania nie przyjdzie do głowy zastanowić się nad kondycją takiego konia, nad jego ruchowymi możliwościami albo nad ich brakiem. Niewielu weźmie pod uwagę zmęczenie konia, zniechęcenie, rezygnacje, ból, dyskomfort podczas niesienia jeźdźca. Koń szkółkowy ma iść i już. Dlaczego? Bo tak uczą szkółkowi instruktorzy. Skąd jeździecki nowicjusz ma wiedzieć, że potrzebna byłaby refleksja i pochylenie się nad końską dolą i niedolą, skoro nikt ze szkoleniowców tego nie mówi? Skoro nikt nie mówi, że konia może boleć, że koń może być zmęczony, że może być kondycyjnie za słaby na dane ćwiczenie, że może być zbyt spięty, krzywy albo pracuje bez równowagi. Skoro nikt nie tłumaczy, że jazda konna to przede wszystkim praca z koniem nad niwelowaniem tych błędów i niedoskonałości w fizycznej pracy, a nie bierne wożenie tyłka w teren.

Wierzę jednak, że są ośrodki jeździeckie, gdzie właściciele dbają, by szkolenie jeźdźców było pełne zrozumienia i porozumienia. Trudno jednak pogodzić takie podejście do szkolenia z koniecznością zarobkowania i dogodzenia oczekiwaniom jeźdźców. A gdy uczniami są dzieci, to problemem jest jeszcze usatysfakcjonowanie ich rodziców i opiekunów. Jeszcze większy problem mają ambitni instruktorzy, którzy muszą równocześnie dogodzić właścicielom ośrodków jeździeckich, dla których miarą sukcesu są zarobione pieniądze, a nie jakość szkolenia jeźdźców w poszanowaniu dla koni.

Pod jednym z postów, w komentarzu wspomniałam o zdjęciach publikowanych w internecie. Zdjęciach jeźdźców dosiadających wierzchowce. Dostałam odpowiedź, która przerodziła się w krótką dyskusję:

Beata: Pogotowie jeździeckie nie każdy od razu po lonży jest mistrzem, pracuje z dziećmi na lonży i po lonży, praca na kontakcie, praca łydkami, rozluźnienie konia przychodzi po pewnym czasie, a czasami uczeń nie jest wstanie tego opanować. Trochę swoich uczniów też fotografuję i wiem jedno: daj dziecku 99 zdjęć fajnych a jedno złe to na 100% do netu wrzuci to złe.

Ja: Beata, zdjęcia i filmy nakręcone podczas treningów, to znakomita pomoc edukacyjna. Wykorzystaj zdjęcia do edukacji dzieci, to nie wstawią tego złego do neta. http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2015/08/co-moga-powiedziec-zdjecia.html

Beata: Zdjęcia to dobra nauka- uważam że nawet lepsza od filmików ( moje zdanie) , ale chciałam wskazać skąd w necie tyle zdjęć niedobrych.

Ja: Beata, wiem, że chciałaś zwrócić na to uwagę. A ja chcę zwrócić uwagę na to, dlaczego tak się dzieje. Niewielu szkoleniowców wykorzystuje zdjęcia do edukacji. A szkoda. Można za ich pomocą uczyć, jak patrzeć na konia i jeźdźca, żeby wychwycić błędy. Uważam też, że można „łyknąć” sporo wiedzy obserwując treningi. Na klinikach ze znanymi trenerami za ten przywilej trzeba nawet zapłacić. Dlaczego nie wykorzystuje się takiej formy edukacji np. w szkółkach jeździeckich?

Beata: Pogotowie jeździeckie bo rodzice od razu zabierają dzieci do domu. Na obiad na wyjazd. Ci ludzie chcą pojeździć na koniach a nie nauczyć się. Takie w większości są realia. Ja zadaje pracę domową poszukania odpowiedzi na proste pytania, z 20 moich uczniów odpowiedzi poszuka 1-2 dzieci.

Skutkiem braku edukacji około-jeździeckiej” jest właśnie to, że szkółkowe konie wożą jeźdźców niszcząc swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Jeźdźcy, którzy ledwo nauczyli się siedzieć na koniu, wyjeżdżają na nich w teren. Bez kondycyjnego, fizycznego i technicznego przygotowania podróżują na grzbiecie konia odbijając mu grzbiet. Publikują zdjęcia z takich wypraw a ja widzę, że siedzą na zwierzęciu z tak wklęśniętym grzbietem, że aż mnie plecy bolą. Na zwierzęciu z otwartą z bólu mordą, zadartą nienaturalnie szyją i odstawionymi zadnimi nogami, co jest efektem zapadniętych i niemiłosiernie bolących pleców. Ci zadowoleni z siebie jeźdźcy nie widzą tego co ja. Gdyby widzieli, nie wsiedliby na takiego konia. I trudno im się dziwić, że nie widzą. Trudno mieć pretensje – nikt ich nie nauczył jak patrzeć na konia, jak go obserwować, by móc go zrozumieć, by móc go „czytać. Bywa gorzej – przekonanie, że jazda konna to po prostu siedzenie na koniu, powoduje, że w teren na końskim grzbiecie wybierają się ludzie, którzy nigdy wcześniej nie siedzieli na grzbiecie wierzchowca. Godzinę, dwie zwierzę biegnie z ciężarem (na plecach) pozbawionym jakiejkolwiek równowagi. Ciężarem, uderzającym całą siłą w plecy i kręgosłup zwierzęcia. Z ciężarem uwieszonym i panicznie trzymającym się wodzy, a tym samym delikatnego pyska stworzenia.

Zniszczone takim traktowaniem konie bardzo często trafiają do ośrodków, gdzie czeka na nich kolejna praca i wyzwanie. Trafiają do ośrodków hippoterapii. Ale o tym napiszę w następnym poście.

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi, Tomka i Ewy. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

Olga Drzymała

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa