Konie do pracy w hipoterapii

Hetman

Fot. Olga Drzymała

Nie jestem hipoterapeutą jednak nie muszę być, żeby wiedzieć jak końskie ciało oddziałuje na siedzącego na grzbiecie jeźdźca. Jest wielką sztuką i niezwykłym wyczynem umiejętność rozluźnienia mięśni, stawów i całego ciała przez jeźdźca, na sztywnym, spiętym i krzywym koniu. Spięte, sztywne i krzywe ciało konia, ciało bez równowagi prowokuje, a wręcz wymusza napięcia u osoby siedzącej na jego grzbiecie. Wymusza wykrzywianie ciała i siedzenie w siodle bez równowagi. Skoro tak działa napięte ciało wierzchowca, to rozluźnione, sprężyste i wyprostowane będzie u jeźdźca wymuszało” prostowanie się, siedzenie w równowadze i rozluźnienie mięśni i stawów. Tymczasem hipoterapeutyczna rzeczywistość wygląda tak, że jako terapeuci pracują konie po wieloletniej pracy w szkółkach, po kontuzjach, po przejściach fizycznych i psychicznych, które zrobiły z tych koni zdrowotne wraki. Pracują konie z przegiętymi w dół i sztywnymi grzbietami. Konie kulejące albo ledwo powłóczące nogami. Konie powykrzywiane i pracujące z przeciążonymi przodami ciała. Pracują konie zrezygnowane, psychicznie złamane”, bez energii i jakiegokolwiek entuzjazmu do pracy. Takie konie nazywane są spokojnymi i kwalifikuje się je jako idealne do hipoterapii. Natomiast samą hipoterapię kojarzy się z „oprowadzankami” na koniu.

Mam przyjaciółkę, która jest hipoterapeutą. Hipoterapia jest jej pasją. Swego czasu rozważała kupno konia do hipoterapii. Jako poradę usłyszała od pewnej amazonki: „kup konia ze szkółki, w której jeździłam. Czasem chcą sprzedać konie, takie małe, dobrze objeżdżone, po kontuzjach, co już nie mogą dużo chodzić. Ale do hipo przecież się nadają, bo mega spokojne i dobrze zrobione.”

Monika: Nie każdy koń może być hipoterapeutą. To oczywiste, że muszą to być konie, które mają predyspozycje psychofizyczne do tej pracy. Psycho- bo często przy takich zajęciach konie spotykają się z nietypowymi zachowaniami dzieci jak i dziwnym sprzętem. Muszą być „odczulone” na piłki, kółka, a także wózek inwalidzki itp. Wymagamy od nich spokoju i opanowania w każdej sytuacji… Fizyczne predyspozycje – temat rzeka. Bo tak naprawdę, żeby dobrze przeprowadzić terapię, to musimy dobrać konia do konkretnego pacjenta. To bardzo indywidualna sprawa. Czasem to będzie musiał być koń wąski o płynnym, spokojnym, niezaburzonym ruchu. Dla innych przypadków już koń potrafiący zmienić tempo chodu i bardziej energiczny. Nie da rady pracować z koniem, który kaszle czy „lekko utyka”, a takie konie w hipoterapii często pracują. Nie da rady pracować z koniem, który reaguje na spinające się mięśnie pacjenta siedzącego na jego grzbiecie. Myślę,że większość wyedukowanych hipnoterapeutów zdaje sobie sprawę, że spięty, kulejący, kaszlący, itp. koń nie przekaże prawidłowego wzorca chodu, a może nawet zakodować złe torowanie ruchu… Dlatego większość, tak jak i ja, jest hipokrytami, bo pracuje z nieodpowiednimi wierzchowcami.

W tym miejscu Monika przysłała mi dokument pt: „ Kanony polskiej hipoterapii. Załączam link. Z kanonów polskiej hipoterapii dowiadujemy się, że:

Koń do hipoterapii powinien być wałachem, w wieku powyżej 5 lat,

specjalnie przygotowany do pracy w hipoterapii,

wysokość umożliwiająca skuteczną asekurację, zharmonizowana z wielkością pacjenta,

chód rytmiczny, elastyczny, sprężysty, wydajny.

Pożądane takie ukształtowanie poszczególnych części ciała, jakie w zasadzie odpowiada wzorcowi pokroju (m.in.: ramy prostokątne; głowa proporcjonalna, miernej wielkości; szyja prosta, umięśniona; kłąb dobrze wykształcony, szeroki, niezbyt wysoki; kłoda podłużno-owalna; grzbiet prosty, w miarę szeroki i długi, dobrze umięśniony; wyrostki kolczyste kręgosłupa niewyczuwalne; łopatka długa, ukośna; lędźwie szerokie, dobrze związane; zad silnie umięśniony, długi, poziomy; budowa i postawa kończyn prawidłowa).

Cechy ustroju psychicznego decydujące o przydatności do rozwiązywania najszerzej pojętych problemów terapeutycznych oraz minimalizujące prawdopodobieństwo wystąpienia reakcji nieprzewidywalnych (zrównoważony charakter, inteligencja, spokojny temperament, przyjazność, ufność, łagodność, cierpliwość, chętne i staranne wykonywanie poleceń, tolerancja, bez odruchów obronnych, na nagłe i niespodziewane bodźce wzrokowe, słuchowe i dotykowe, brak narowów i nałogów).

Zważywszy, że powyższe warunki mają bezpośredni związek z zapewnieniem pacjentowi jak największego bezpieczeństwa, wskazana jest znajomość pełnego życiorysu danego konia, zwłaszcza pod kątem zdarzeń traumatycznych lub pozyskanie go z profesjonalnego, godnego zaufania, ośrodka hodowlano-wychowawczego.

Jakkolwiek niewłaściwym jest dzielenie ras na „hipoterapeutyczne” i „niehipoterapeutyczne”, to obserwuje się u osobników niektórych ras więcej niż przeciętne skupienie właściwości zalecanych przy usprawnianiu koniem. W Polsce taką opinię ma populacja rasy huculskiej. Fakt ten nie oznacza, że wszystkie hucuły są przydatne do naszych potrzeb, tak jak nie wyklucza posiłkowania się wyselekcjonowanymi konikami polskimi, ślązakami, fiordingami, szetlandami, kucami felińskimi, potomstwem różnych krzyżówek z udziałem kucy lub koni małych i przedstawicielami innych, dostępnych ras. Ważne jest natomiast, by bez względu na rasę, wybór dokonywany był indywidualnie, według w/w kryteriów, zwłaszcza dotyczących sfery psychiki.

Należy dążyć do posiadania przez ośrodki hipoterapeutyczne po kilka różnych koni, celem możliwie precyzyjnego dostosowania odpowiedniego konia do aktualnych potrzeb pacjenta.

Monika: z tych kanonów akurat to, że wałach i powyżej 5 lat jest dyskusyjne?

Rozmawiałam też na ten temat z koleżanką z Białorusi, która trzy lata pracowała w swoim kraju w ośrodku hipoterapeutycznym. Tam do pracy w hipoterapii preferowano klacze powyżej piątego roku życia i takie, które były już matkami. Do pracy owe klacze były kupowane surowe, nie zajeżdżone, nie zmęczone i nie po kontuzjach. Klacze były „szykowane” do pracy od podstaw i do pracy pod upośledzonych pacjentów. Inna klacz pracowała z pacjentami z upośledzeniem psychicznym, a inna z upośledzeniem fizycznym. Końmi do pracy w hipoterapii nie mogły być zbyt małe kucyki – rytm kroków konia musiał być maksymalnie zbliżony do rytmu bicia serca.

Alina pracowała w ośrodku działającym według kanonów Międzynarodowej Gruzińskiej Szkoły Hipoterapii. Mimo, że w nazwie szkoły jest słowo międzynarodowa, to nie można znaleźć w internecie nic na jej temat. W ramach ciekawostki: czy wiecie, że jest białoruska rasa koni? Na ten temat też trudno znaleźć informację. Chyba, że wpiszecie cyrylicą nazwę państwowych hodowli tych koni. Internet wydaje się być oknem na świat, jednak jak się okazuje nie na cały świat i nie dla wszystkich ludzi.

Wracając do rozmowy z Moniką o hipoterapii:

Monika: na wszystkich stronach o hipoterapii można się zaczytywać o korzyściach płynących z tej formy terapii. O tym, jak wpływa wielopłaszczyznowo na rozwój itp. Jednak nie ma tam ani słowa o koniach. O tym, jak wożenie upośledzonych osób na nie wpływa. Niewiele jest o tym, jakie to muszą być wyselekcjonowane zwierzęta. Ani słowa o przygotowaniu do tej pracy i rozprężeniu po niej. Nie ma ani słowa o treningu koni…Ot zakłada się, że każdy koń jest zawsze przygotowany do pracy – nie ma czasu na trening ogólnorozwojowy dla koni. Nawet nie mówi się o takiej potrzebie. Jest mało prawdopodobne i graniczące z cudem, żeby konie uratowane z transportu na rzeź, kontuzjowane czy „zajechane” i wyciągnięte ze szkółek, spełniały warunki do pracy w hipoterapii.

Ja: Dokładnie. W zasadzie, to w takich hipoterapeutycznych ośrodkach powinna być zatrudniona osoba do pracy z końmi. Do rozluźnienia ich, do ustawiania, równoważenia, naprawienia błędów itp.

Monika: I dochodzimy do sedna. Wiele takich ośrodków byłoby idealnymi, gdyby były tam konie zdrowe i w pełni sprawne. Ośrodki te mają wykwalifikowaną kadrę, mają odpowiedni teren i możliwości, ale dopasowanie konia do pacjenta jest nie do „ogarnięcia”. Tam koń musi tylko iść. Nikt nie odwoła zajęć bo koń jest chory, kulawy czy zmęczony. W wielu ośrodkach jest jeszcze inne częste zjawisko – fizjoterapeuci nie mający wiedzy o koniach. Zdarza się, że fizjoterapeuci robią jakiś szybki kurs z hipoterapii i już pracują z końmi. W ośrodku, w którym pracowałam była pewna klacz, którą rzadko brano do pracy. Taka klacz „do przodu”. Dostawałam ją do pracy, nawet jak nie miałam asekuracji w postaci prowadzącego, bo ja sobie poradzę – jak mawiała szefowa. Owszem poradzę, tylko czasem kosztem dziecka na grzbiecie…

Ja: Tak podejrzewam. A na kursie uczyli Cię o potrzebach konia?

Monika: Tak. Kurs certyfikowany obejmuje hipologię i weterynarię oraz jeździectwo i pracę z koniem.

Ja: A szybki kurs to znaczy „weekend’owy”? Ile trwa kurs certyfikowany?

Monika: Weekendowy to chyba nie…trochę dłużej – ośrodki szkoleniowe robią w 10 dni. Choć spotkałam się z kursem przez internet. Ja robiłam kurs dziewięć miesięcy, w tym 2 zjazdy intensywne po 2 tygodnie i 2 tygodnie praktyk.

Ja: Podobno jest internetowy kurs instruktorski. Ale nie szukałam w necie.

Monika: Tak, widziałam kiedyś. Trzeba nagrywać filmiki i wysyłać.

Ja: Czyli jednak jest.

Monika: Wolny kraj, wolny zawód – nie trzeba mieć uprawnień ani wiedzy…Szkoda, że ludzie nie weryfikują z czyich usług korzystają.. .Nie generalizuję, bo nie zawsze trzeba mieć papiery, ale wiedzę i podejście to już tak…

Ja: Nie trzeba mieć uprawnień – instruktor jeździectwa to wolny zawód. Po co więc odstawiać fikcję z kursem internetowym?

Monika: Bo papier czasem ładnie wygląda i można nim pomachać. Zależy kto i co chce osiągnąć. Ja zrobiłam kurs hipoterapii certyfikowany, bo chciałam się uczyć tego, czego nie wiedziałam a okazało się i okazuje, że ciągle trzeba się uczyć…no chyba że prowadzi się zajęcia na zasadzie „oprowadzanki”.

Ja: Ale hipoterapeuta to też wolny zawód?

Monika: W ośrodkach, w których pracowałam byli fizjoterapeuci i pedagodzy ale nie sądzę, żeby wszyscy mieli kurs hipoterapii…a nawet jestem pewna, że nie mieli. Na zasadzie: są przecież fizjoterapeutami to mają pojęcie.

Ja: Wystarczy, że nie boją się stetryczałego konia i robią hipoterapię?

Monika: Myślę, że i takie przypadki się zdarzają..

***

Alina Kalinina, Monika Modrzyńska, Olga Drzymała

***

Powiązane Posty:  „Stare konie”„Konie szkółkowe”

Reklamy

Konie szkółkowe

koń_4.JPG

W ostatnim moim poście napisałam o koniach starych. Zachęcam do przeczytania. Kontynuując temat chcę wam powiedzieć, że chyba najszybciej starzeją się konie szkółkowe. Mimo, że wierzchowce mają swoich właścicieli, którymi zazwyczaj są właściciele danej stajni i szkółki, to są te zwierzęta trochę jakby bezpańskie. Nie chcę teraz nikomu zarzucać, że wierzchowce te są pozbawione pełnej opieki. Nie- zwierzęta te są karmione, pojone, czyszczone, mają zmienianą ściółkę, zapewnia im się opiekę weterynaryjną i obsługę kowala. (Chociaż bywają ośrodki, gdzie tego brakuje.) Jednak prawie nigdy nie mają zapewnionych warunków pracy, dostosowanych do możliwości fizycznych i psychicznych każdego z koni. Dostosowanych do kondycji każdego z osobna, a w zasadzie jej braku. Konie szkółkowe nie mają zapewnionego takiego szkolenia, by nie ucierpiało zdrowotnie ich ciało i psychika. Nie szkoli się też jeźdźców, którzy dosiadają owe wierzchowce, tak by zrozumieli ich potrzeby zdrowotne, fizyczne i psychiczne. Nie uczy się adeptów sztuki jeździeckiej pracy ukierunkowanej na porozumienie z koniem.

Jakie są realia koni szkółkowych? Oto przykład:

Hej koniarze przychodzę do Was z pytaniem, jak zachęcić do jazdy leniwego konia? Jeżdżę na takim małym leniuszku i nie wiem co mam zrobić, żeby bardziej mnie słuchał.

Porady:

-Wędka z marchewką

-Ostrogi, bat i do przodu. A jeśli chodzi o konia szkółkowego, to możesz dać na tacę. Powodów lenistwa może być wiele, od zbyt małej ilości paszy energetycznej, po Twój brak umiejętności.

-Energii to ona ma raczej dużo, tylko jej się po prostu nie chce.

-Czyli po prostu nie potrafisz wyegzekwować od niej pracy. Skupiłabym się w takim razie na sobie, a nie na koniu.

-U nas w stajni podobna klacz jest. Nie jest leniwa tylko po prostu cwana. Zaczynając jeździć mogłam sobie stać gdzie i kiedy jej się zachciało i mogłam robić cokolwiek łydkami a ona nic. Nadal nic się u niej nie zmieniło, za to ja jeżdżę dużo lepiej i teraz pode mną od najdelikatniejszej łydki idzie. Także może w Tobie tkwi problem 😉

-U mnie działa długi bat

-Dokładnie. Czasami nawet nie trzeba go używać – ważne, że tylko jest.

-Nikt wyżej nie podał tego sposobu, więc spróbuj konia zaciekawić jazdą oraz wyczulić na pomoce, rób wolty, zatrzymania, wydłużenia, skrócenia, przejścia, wężyki, zmiany kierunków.

-pojedź w teren z drugim koniem co lubi szybkość, to go pociągnie za sobą.

Gdzie w tym wszystkim jest koń – żywe, czujące stworzenie? Szkółkowi jeźdźcy szukają porad na forach, w grupach i otrzymują informacje od innych – obecnych albo byłych szkółkowiczów. Nikomu z pytających ani odpowiadających na pytania nie przyjdzie do głowy zastanowić się nad kondycją takiego konia, nad jego ruchowymi możliwościami albo nad ich brakiem. Niewielu weźmie pod uwagę zmęczenie konia, zniechęcenie, rezygnacje, ból, dyskomfort podczas niesienia jeźdźca. Koń szkółkowy ma iść i już. Dlaczego? Bo tak uczą szkółkowi instruktorzy. Skąd jeździecki nowicjusz ma wiedzieć, że potrzebna byłaby refleksja i pochylenie się nad końską dolą i niedolą, skoro nikt ze szkoleniowców tego nie mówi? Skoro nikt nie mówi, że konia może boleć, że koń może być zmęczony, że może być kondycyjnie za słaby na dane ćwiczenie, że może być zbyt spięty, krzywy albo pracuje bez równowagi. Skoro nikt nie tłumaczy, że jazda konna to przede wszystkim praca z koniem nad niwelowaniem tych błędów i niedoskonałości w fizycznej pracy, a nie bierne wożenie tyłka w teren.

Wierzę jednak, że są ośrodki jeździeckie, gdzie właściciele dbają, by szkolenie jeźdźców było pełne zrozumienia i porozumienia. Trudno jednak pogodzić takie podejście do szkolenia z koniecznością zarobkowania i dogodzenia oczekiwaniom jeźdźców. A gdy uczniami są dzieci, to problemem jest jeszcze usatysfakcjonowanie ich rodziców i opiekunów. Jeszcze większy problem mają ambitni instruktorzy, którzy muszą równocześnie dogodzić właścicielom ośrodków jeździeckich, dla których miarą sukcesu są zarobione pieniądze, a nie jakość szkolenia jeźdźców w poszanowaniu dla koni.

Pod jednym z postów, w komentarzu wspomniałam o zdjęciach publikowanych w internecie. Zdjęciach jeźdźców dosiadających wierzchowce. Dostałam odpowiedź, która przerodziła się w krótką dyskusję:

Beata: Pogotowie jeździeckie nie każdy od razu po lonży jest mistrzem, pracuje z dziećmi na lonży i po lonży, praca na kontakcie, praca łydkami, rozluźnienie konia przychodzi po pewnym czasie, a czasami uczeń nie jest wstanie tego opanować. Trochę swoich uczniów też fotografuję i wiem jedno: daj dziecku 99 zdjęć fajnych a jedno złe to na 100% do netu wrzuci to złe.

Ja: Beata, zdjęcia i filmy nakręcone podczas treningów, to znakomita pomoc edukacyjna. Wykorzystaj zdjęcia do edukacji dzieci, to nie wstawią tego złego do neta. http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2015/08/co-moga-powiedziec-zdjecia.html

Beata: Zdjęcia to dobra nauka- uważam że nawet lepsza od filmików ( moje zdanie) , ale chciałam wskazać skąd w necie tyle zdjęć niedobrych.

Ja: Beata, wiem, że chciałaś zwrócić na to uwagę. A ja chcę zwrócić uwagę na to, dlaczego tak się dzieje. Niewielu szkoleniowców wykorzystuje zdjęcia do edukacji. A szkoda. Można za ich pomocą uczyć, jak patrzeć na konia i jeźdźca, żeby wychwycić błędy. Uważam też, że można „łyknąć” sporo wiedzy obserwując treningi. Na klinikach ze znanymi trenerami za ten przywilej trzeba nawet zapłacić. Dlaczego nie wykorzystuje się takiej formy edukacji np. w szkółkach jeździeckich?

Beata: Pogotowie jeździeckie bo rodzice od razu zabierają dzieci do domu. Na obiad na wyjazd. Ci ludzie chcą pojeździć na koniach a nie nauczyć się. Takie w większości są realia. Ja zadaje pracę domową poszukania odpowiedzi na proste pytania, z 20 moich uczniów odpowiedzi poszuka 1-2 dzieci.

Skutkiem braku edukacji około-jeździeckiej” jest właśnie to, że szkółkowe konie wożą jeźdźców niszcząc swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Jeźdźcy, którzy ledwo nauczyli się siedzieć na koniu, wyjeżdżają na nich w teren. Bez kondycyjnego, fizycznego i technicznego przygotowania podróżują na grzbiecie konia odbijając mu grzbiet. Publikują zdjęcia z takich wypraw a ja widzę, że siedzą na zwierzęciu z tak wklęśniętym grzbietem, że aż mnie plecy bolą. Na zwierzęciu z otwartą z bólu mordą, zadartą nienaturalnie szyją i odstawionymi zadnimi nogami, co jest efektem zapadniętych i niemiłosiernie bolących pleców. Ci zadowoleni z siebie jeźdźcy nie widzą tego co ja. Gdyby widzieli, nie wsiedliby na takiego konia. I trudno im się dziwić, że nie widzą. Trudno mieć pretensje – nikt ich nie nauczył jak patrzeć na konia, jak go obserwować, by móc go zrozumieć, by móc go „czytać. Bywa gorzej – przekonanie, że jazda konna to po prostu siedzenie na koniu, powoduje, że w teren na końskim grzbiecie wybierają się ludzie, którzy nigdy wcześniej nie siedzieli na grzbiecie wierzchowca. Godzinę, dwie zwierzę biegnie z ciężarem (na plecach) pozbawionym jakiejkolwiek równowagi. Ciężarem, uderzającym całą siłą w plecy i kręgosłup zwierzęcia. Z ciężarem uwieszonym i panicznie trzymającym się wodzy, a tym samym delikatnego pyska stworzenia.

Zniszczone takim traktowaniem konie bardzo często trafiają do ośrodków, gdzie czeka na nich kolejna praca i wyzwanie. Trafiają do ośrodków hippoterapii. Ale o tym napiszę w następnym poście.

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do Basi i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

Olga Drzymała

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Stare konie

Kafar 1

Fot. Olga Drzymała
W pierwszym moim poście na tym blogu napisałam, że zaangażowałam” do pracy na postami bloga parę osób. W małej grupie rozmawiamy na różne konno – jeździeckie tematy. Do tej grupy należy Alina, Anita, Basia, Joanna, Klaudia, Marzena, dwie Pauliny i ja. Wywiązała się między innymi dyskusja na temat starych koni:
Marzena: Olga proponuję temat starszych koni, generalnie pracy z nimi, czego można od nich wymagać, czy to prawda, że „starego” konia już trudno czegoś nauczyć. Dlaczego poruszam ten temat? Bo wszędzie liczy się młodość. Wielu wymienia swoje starsze wierzchowce na młode koniki. Im młodszy i umiejący wszystko, tym lepiej. Tymczasem to starszy koń dla młodego jeźdźca jest najlepszy nauczycielem. Może się mylę….? Znam wiele koni zadbanych w wieku 20 i więcej lat, którym nic nie dolega, a właściwa praca z nimi pozwoliłaby utrzymać je dłużej w zdrowiu. Moja klacz arabska ma 18 lat, jak przyszłam do stajni kilka lat temu (miała 15 lat) nie odstawała wiekiem od reszty koni, obecnie jest najstarsza. Wszyscy powymieniali na młodsze modele. A na mnie wielu patrzy z politowaniem, jakby chcieli powiedzieć: „a ty kiedy wymieniasz?”, Wiedzą jednak, że mój mąż prędzej mnie wymieni na młodszy model niż sprzeda naszą klacz. Kocha naszą Baśkę bezgranicznie. Ma u nas emeryturę zapewnioną. Konie młodsze w mojej stadninie mają ciągle kontuzje, (mojej udaje się ich uniknąć). Dlaczego? Bo kupując młode konie cisną je jak cytrynę. „Młody to może dużo”. Starszemu powinno limitować się pracę w mądry sposób. Moja recepta to: klacz ma pracować, w miarę możliwości codziennie. Ale nie tylko pod siodłem. To praca z ziemi, włóczęgi, lonża….urozmaicona praca. Najgorzej jak zostawiam ją na dłużej, to widzę, że traci kondycję. Możesz wykorzystać nasze wypowiedzi Olga i stworzyć tekst. Dla młodych adeptów to ważny temat. Dla starszych przypomnienie, aby szanowali starsze rumaki.
Klaudia: Normalnie to powinno wyglądać tak, że im koń starszy, tym więcej powinien nauczyć. A wymaga się tego od koni młodych, bo stare się już nie nadają.
Paulina F.: Zgadzam się, wiele osób jak słyszy wiek 17 lat to już stawia krzyżyk na takich koniach, a je można wiele nauczyć i wiele poprawić w ich ciele, wiadomo w zależności od indywidualnego stanu zdrowia. Większość osób odstawia takie wieloletnie konie od pracy.
Anita: Moja klacz jest w wieku 14 lat i przez większość ludzi uważana jest za starego trupa. Trafiłam jednak też na kogoś, kto mi powiedział, że to jest najlepszy wiek na naukę. Kiedyś poznałam klacz w wieku 27 lat i niejeden znawca koni mówił że ma 15 kobyła była w wyśmienitej formie. Mnie strasznie to wkurza, jak ktoś się pyta o wiek mojego konia i stwierdza że jest stara…
Wypowiedzi moich rozmówczyń scaliłam do jednego wpisu dla każdej z nich. Nie jest to cały dyskusyjny materiał ale obszerna część. Moje wypowiedzi znajdą odzwierciedlenie w dalszej części postu.
Temat koni z dużym stażem lat jest mi bliski dlatego, że z dwoma końmi pracuję od 16 lat. Z wałaszkiem zaczęłam współpracę, gdy był niezajeżdżonym trzylatkiem. Klaczy – kucykowi leci” 25 rok życia. Oba konie są pełne werwy, energii i cieszą się znakomitym zdrowiem, nadal pracując pod jeźdźcem. Klacz nawet pod kilkoma jeźdźcami – młodymi amazonkami, które dopiero stawiają pierwsze kroki w jeździectwie. Wałaszek, jak powiedziała Marzena, to torpeda, zadbane konisko”. Te dwa konie nie są stare – one po prostu przeżyły sporo lat. Konie, według mnie, zaczynają być stare kiedy złe ich użytkowaniezaczyna zbierać żniwo w postaci kontuzji, chorób, kulawizny, sztywności ciała, braku sił do pracy, niemocy itd. Dlatego koniem starym jest już czasami dwunastoletni wierzchowiec. A prawda jest taka, że to właśnie koń – dwunastolatek powinien być u szczytu swoich fizycznych, sportowych i szkoleniowych możliwości. W internecie można znaleźć mnóstwo ogłoszeń typu: sprzedam dwunastoletniego konia po karierze sportowej. Widziałam kiedyś nawet ogłoszenie o sprzedaży siedmioletniego konia po karierze sportowej. Po karierze? Czyli tak wyeksploatowany, że nie daje już fizycznie rady podołać sportowym wymaganiom. Takie zniszczone konie oferowane są do sprzedaży jako: „koń profesor” dla młodego jeźdźca dla juniora. I czego taki junior ma się nauczyć od profesora”? „Klepać tyłek” na sztywnym i twardym grzbiecie zwierzęcia. Dźwigać na wodzach jego przeciążony przód ciała? Pchać z wielkim wysiłkiem schowanego za wędzidłem, sztywnego i złamanego w szyi wierzchowca? Albo szarpać się na wodzach z pędzącym i nie dającym się wstrzymać koniem? Wiele osób się teraz oburzy i zarzuci mi pisanie nieprawdy. Może trochę generalizuję, może lekko przesadzam ale jeżeli siedmio- czy dwunastoletni koń byłby świetnie wyszkolony, nie kontuzjowany fizycznie i psychicznie, to żaden sportowiec przy zdrowych zmysłach nie sprzedałby takiego „skarbu”, tylko święciłby tryumfy na zawodach.
Prawda jest taka, że każdy taki koń profesorpo karierze sportowej powinien zostać od podstaw ponownie wyedukowany. Potrzebne mu jest kilkumiesięczny odpoczynek, a potem praca nad rozluźnieniem mięśni i stawów, nad zrównoważeniem i ustawieniem ciała. To ciężka praca ponieważ trzeba oduczyć konia starych i złych przyzwyczajeń w pracy, a w to miejsce uczyć i pracować tak, jak z młodym, zajeżdżanym koniem. Do każdego takiego konia trzeba też podejść indywidualnie – z jednym zwierzęciem praca przyniesie szybkie efekty dla innego może być już za późno na naprawę” ciała i psychiki.
Jednak starość z powodu wieloletniej złej pracy pod jeźdźcem nie dotyczy tylko koni sportowych. Dotyczy często również koni rekreacyjnych. Ostatnio rozmawiałam na ten temat ze „stajenną” znajomą, której przyszła do głowy taka konkluzja: prawie całe jeździectwo polega na tym, że jeźdźcy dbają o konie, które nieustannie krzywdzą. Jeźdźcy leczą podopiecznych, fundują masaże, kupują marchewki, dodatkowe pasze, mnóstwo czapraków, owijek, derki, kantary ale jeżdżą na tyle bezmyślnie i siłowo, że doprowadzają ich ciała do fizycznej ruiny. Jeźdźcy leczą te „ruiny”, zamiast przez całą swoją wspólną z koniem jeździecką przygodę, pracować na tyle świadomie, by nie rujnować ich delikatnego zdrowia.

***

Ludzie nie potrafią patrzeć na konia, jak na żywą istotę. Nawet ci, którzy deklarują miłość do swojego podopiecznego, widzą w nim sprzęt sportowy. Gdyby ich wierzchowiec nie był owym sprzętem, zauważaliby jego wady w postawie powstałe w wyniku złej pracy. Widzieliby obwisłe brzuchy, wklęśnięte grzbiety, brak mięśni, opuchnięte nogi. Czuliby jego ospałość w ruchu,czuliby kulenie, utykanie, nieregularność ruchu. Zastanowiliby się nad przyczyną wiszenia konia na wodzach, nad brakiem reakcji konia na niektóre sygnały. Z niektórymi jeźdźcami jest jeszcze gorzej, bo zauważają takie rzeczy ale mają wytłumaczenie: ten koń tak już ma” i z miłości” do tego konia zapewniają mu ruch. Bo przecież konie kochają ruch. Nie ważne jaki, byle był ruch. Nie ważne, że podczas tego ruchu wszystko konia boli. Nie ważne, że jakość tego ruchu zrobi z tych zwierząt stare rupiecie” w wieku 12 lat. Ważne, że koń niesie zadowolonego z siebie jeźdźca. Zadowolonego, bo zapewnia zwierzęciu wikt, kowala, opiekę weterynaryjną, marchewki i nowiuśkie czapraczki. A, że nie zapewnia mu świadomego prowadzenia w sportowych zmaganiach, to nieważne. Koń to przecież duże, silne zwierzę i ma cztery nogi, więc ze wszystkim sobie poradzi. Poza tym co to za sport, jak on tylko „lajcikowo” jedzie w teren. Uwierzcie mi – dla konia nie ma czegoś takiego jak ”lajcikowo”. Dla konia każda godzina pracy z jeźdźcem, to fizyczny i psychiczny wysiłek.

***

Konie ze sporym bagażem lat ale nie zniszczone, nie stare fizycznie i psychicznie, powinny być najcenniejszymi z koni. Pracujące od początku w rozluźnieniu, równowadze i z prostym ciałem, pracujące z jeźdźcem na zasadzie porozumienia i wzajemnego zrozumienia, byłyby najlepszymi wierzchowcami dla jeźdźców zaczynających jeździecką przygodę. Takie cenne konie kończyłyby karierę sportową będąc bliżej 20 lat niż 10 i nie dlatego, że ich ciała są wyeksploatowane, a psychika zniszczona. Takie konie powinny być najcenniejsze wówczas szkolenie nowych adeptów sztuki jeździeckiej byłoby świadome. Nikt, ani młody jeździec, ani trener młodych jeźdźców nie pozwoliliby sobie na zniszczenie tak cennego nabytku.

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do Basi i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Mam problem z zakłusowaniem

Zdjęcie do mam problem z zakłusowaniem

Zdj. Pixabay

Mam problem z zakłusowaniem, wiem, że trzeba to wyćwiczyć. Gdy zakłusuję, klacz przejedzie (?) ze dwa metry i przechodzi do stępa, daję łydkę ale i tak przechodzi w wolniejszy chód. Gdy idzie za innym koniem to potrafię zakłusować, a gdy czołowa nie za bardzo. Gdy ostatnio miałam bacik to szła bez problemu. Co zrobić, żeby dobrze zakłusować i żeby nie przestawała kłusować?”

Kłopoty z namówieniem konia szkółkowego do ruchu w różnych chodach to częsty problem. Pogłębia się jeszcze, gdy konie chodzą jeden za drugim. Koń drugi, trzeci i każdy następny nie skupia się wówczas na jeźdźcu tylko na zadzie towarzysza przed nim. Chodzenie koni w szkółce (nie czołowych) pod siodłem jest „mechaniczne” kręcą się one jak na karuzeli. Najczęściej jeszcze jedną i tą samą wydeptaną ścieżką wzdłuż płotu albo brzegu trawnika. Konie takie popadają w rutynę snucia się za innym końskim zadem, więc instruktorzy też niechętnie pracują z nimi jako końmi czołowymi(prowadzącymi). Nie mówiąc już o treningach indywidualnych. A kiedy już zaistnieje konieczność indywidualnej pracy z koniem „wyciągniętym z karuzeli”, jako jedyne rozwiązanie problemu instruktorzy zalecają użycie bata.

Nie mam nic przeciwko bacikom jeżeli używane są jako narzędzie do wskazywania miejsca na ciele konia, z którym jeździec dyskutuje” bacik na łopatce albo bacik na zadzie. Bacik może też być pomocą wzmacniającą” działanie łydki jeźdźca – działając tuż za ową łydką. Słowo wzmacniającąwzięłam specjalnie w nawias, ponieważ działanie bacikiem nie ma być mocne i bolesne dla konia. Działanie bacikiem powinno przypominać uparte i nieustępliwe podszczypywanie. To podszczypywanie ma „wołać”: „tu działa łydka, skup się na niej, spróbuj zrozumieć prośbę przesyłaną przez łydkę”. Bacik nie może być dla konia straszakiem. Koń nie powinien się ruszać dlatego, że ucieka przed bolesnym działaniem bata. Koń powinien się ruszać i pracować dlatego, że rozumie polecenie jeźdźca i zgadza się na współpracę. Absolutnie nie wolno karać konia bolesnymi uderzeniami. Dlaczego? Ponieważ koń nigdy nie jest nieposłuszny bez powodu. Jeżeli zwierzę odmawia współpracy to dlatego, że nie rozumie polecenia albo nie jest w stanie fizycznie i kondycyjnie go wykonać. Dobry instruktor i dobry jeździec znajdą przyczynę nieposłuszeństwa i skupią się na pracy nad rozwiązaniem problemu.

Co może dolegać odmawiającemu pracy koniowi szkółkowemu? Zmęczenie, zniechęcenie, ból pleców, nóg, mięśni, stawów. Jego zadnie nogi mogą nie kroczyć tym samym torem co przednie – inaczej mówiąc- ciało konia jest tak pokrzywione, że to uniemożliwia mu sprawne poruszanie się. Owszem, zmuszony do ruchu batem czy ostrogami koń szkółkowy będzie pracował ale zapłaci za to zdrowiem – stany zapalne mięśni i stawów spowodowane wiecznym ich napięciem i usztywnieniem. Opuchnięte kończyny, kulawizny, naderwane ścięgna. Czy wiecie, że przy naderwanych ścięgnach konie nie kuleją? A skoro nie kuleją to nic im nie jest i mogą być zaangażowane do wielogodzinnej pracy.

Cóż więc zrobić, gdy w szkółce napotkacie taki problem? W zasadzie powinnam napisać: Poszukajcie innej szkółki jeździeckiej. Poszukajcie takiej, w której instruktorzy uczą świadomie jeździć i rozumieć konie.

Ja ze swojej strony mogę podpowiedzieć jakich unikać błędów. Przede wszystkim wielu uczących się jeźdźców trzyma wodze nieustannie zaciągnięte. Jeźdźcy albo się na nich podtrzymują, żeby utrzymać się w siodle albo trzymają konia, żeby nie szedł zbyt szybko. Czasami też robią to całkowicie bezwiednie i odruchowo. Przy próbie ruszenia, przyspieszenia czy zmiany chodu na wyższy, szkółkowi jeźdźcy jeszcze mocniej przyciągają do swojego ciała ręce z już zaciągniętymi wodzami. I znowu jest to często bezwiedny odruch. Odruch wzmacniający wciskanie napiętych pośladków w siodło i ściskanie konia łydkami. Proponowałabym osobie szukającej odpowiedzi na zadane na początku pytanie, żeby zastanowiła się czy nie trzyma zbyt mocno zaciągniętych wodzy? Czy przy próbie anglezowania w kłusie nie podciąga się na wodzach? Jeżeli tak, potrzebna jest praca na zrównoważeniem ciała jeźdźca w siodle. Jeżeli jeździec będzie siedział w siodle tak, że nie będzie musiał niczego się trzymać, to będzie mógł pracować rękami niezależnie od reszty swojego ciała. To zaś pozwoli oddać do przodu ręce i uwolnić koński pysk od boleśnie zaciągniętego wędzidła. Nie muszę chyba tłumaczyć, że zaciągnięte wędzidło utrudnia zwierzęciu pracę we wszystkich chodach.

Proponowałabym również pracować aktywnymi łydkami nad ruszaniem, przyśpieszaniem i przechodzeniem do wyższego chodu. Aktywne łydki to takie, które pracują impulsami – puknięciami, powtarzanym dotykiem, masowaniem boku kłody konia – wszystko zależy od tego jaką informację jeździec chce zwierzęciu przekazać i od reakcji zwierzęcia na polecenia. Aktywne – pracujące łydki jeźdźca na pewno nie ściskają boków konia jak imadło i nie mogą pomagać w kurczowym trzymaniu się na grzbiecie konia. Dzięki takiej pracy łydkami, jeździec zaraz po zakłusowaniu może nadal przesyłać impulsy, które namówią konia do aktywnego ruchu w tym chodzie. To trochę tak, jakby jeździec nadal prosił o zakłusowanie, mimo że jego wierzchowiec już zakłusował.

Proponowałabym też jeźdźcom zrezygnować z jakiegokolwiek ściskania i uciskania ciała konia dlatego, że na każdy siłowy nacisk koń odpowie napięciem mięśnia albo stawu. A przecież każdy jeździec wie, że koń powinien pracować w rozluźnieniu i sprężyście. Nie mówiąc o tym, że napięcia i usztywnienia mięśni i stawów często są przyczyną kontuzji i chorób konia. Większość koni szkółkowych ma odbite i obolałe plecy. Każdy dodatkowy nacisk siodła, wciskanego napiętymi pośladkami jeźdźca, przysparza zwierzęciu dodatkowego bólu. Podobnie jest z bokami kłody zwierzęcia i wrzynającymi się pod żebra piętami człowieka.

Ważna jest również umiejętność delikatnego przysiadania w siodło podczas anglezowania. Jeżeli jeździec opada w siodło całym ciężarem, stwarza zwierzęciu bardzo niekomfortowe warunki do pracy. To tak, jakby człowiek biegł z plecakiem, który odbija się od jego pleców. Rytmiczny ruch konia powinien podrzucać jeźdźca podczas anglezowania – wstawanie z siodła nie powinno być jakimś wysiłkiem człowieka. Jego wysiłkiem powinno być delikatne przysiadanie. Wyobraźcie sobie, że na siodle może być potłuczone szkło. Opuszczajcie w dół swoje ciało tak, żeby najpierw wyczuć pośladkami czy ono tam jest. Niestety większość jeźdźców anglezuje w ten sposób, że podnoszenie ciała jest wysiłkiem, a opuszczanie go na siodło jest jednym wielkim klapnięciem w fotel. Na takie obijanie grzbietu konie bardzo często reagują tak, że odmawiają pracy w kłusie.

W tym poście zawarłam podstawowe rady. Jeżeli szukacie więcej informacji, to zapraszam do czytania:

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/05/jak-rozmawiac-z-koniem.html

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2016/07/kon-samo-niosacy.html

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2016/06/rownowaga-jezdzca-najwazniejsze-jest.html

Olga Drzymała

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patrona – Basi. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do Basi i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.

Olga Drzymała

https://patronite.pl/profil/1045/olga-drzymaa

Jak pracować łydkami

34346967_2077197222557714_3658610626298642432_n

Fot. Córka Kamy Kin

Wydawałoby się, że „język” pozwalający na komunikowanie się z koniem jest bardzo prosty. Przynajmniej tak uczą w szkółkach jeździeckich. Słowa w tym języku przekazywane są w sposób „migowy”, poprzez ciało jeźdźca, łydki i ręce z wodzami. Te słowa to: rusz, przyspiesz, zatrzymaj się, zwolnij, zakręć. Adepci sztuki jeździeckie uczą się tych słów, po czym okazuje się, że co szkoła to inaczej każą te „słowa” wypowiadać”. Okazuje się również, że na te „słowa” w języku ludzko końskim, jeden koń zareaguje, a drugi nie. Skupmy się na przekazie dla konia poprzez łydki jeźdźca, ponieważ takich pytań, jak na zdjęciu pod spodem, zadaje bardzo wielu jeźdźców.

Jak pracować łydką zdjęcie

Instruktorzy uczą również, że reakcja konia na dawany łydkami sygnał powinna być jednoznaczna i oczywista – czyli koń powinien ruszyć albo przyspieszyć. Zupełnie tak, jak gdyby był to pojazd typu rower – nadepniesz na pedał, to rower ruszy. Mechanizm złożony z kół, z przekładni i prostego napędu. Tylko, że koń to nie mechanizm- tylko żywe ciało zbudowane dokładnie tak jak nasze : „z tej samej gliny”. Koń to boleści, dyskomfort, niemoc, złe samopoczucie, strach, niewiedza, brak zrozumienia, zmęczenie, zniechęcenie, brak warunków fizycznych, złe przygotowanie, brak kondycji, kontuzje, defekty budowy ciała i jego krzywizny itd. i itp.

Zacznijmy od tego, że „język migowy” pozwalający na porozumienie z koniem nie jest wcale taki prosty. Jeździec, prosząc konia o ruszenie czy przyspieszenie, powinien dokładnie określić jak dany ruch (ćwiczenie) powinien być wykonany. Jeźdźcy muszą też zrozumieć, że brak reakcji konia na sygnał jeźdźca jest sygnałem zwrotnym, mówiącym: nie mogę wykonać tego polecenia z powodu… Ten powód musi jeździec umieć odczytać. Jeździec musi wiedzieć dokładnie co chce powiedzieć podopiecznemu i z jaką jego częścią ciała rozmawiają łydki jeźdźca. Mimo, że łydki obejmują boki kłody wierzchowca, to rozmawiają z zadnimi kończynami. Mam wrażenie, że nawet wielu instruktorów i trenerów nie ma o tym pojęcia. Dlaczego tak twierdzę? Ponieważ egzekwują od koni ruszanie i sam ruch, uciskając i pchając swoimi biodrami grzbiet konia. Czyli wysyłają zwierzęciu sygnał: pcham cię”. Jaka jest zazwyczaj odpowiedź wierzchowca? „No to mnie pchaj” i zwierzę często dodaje: to ja się zaprę, żebyś miał co pchać”. Dlaczego jeszcze uciskanie i pchanie napiętymi biodrami grzbietu konia to zły pomysł? Dlatego, że ciało jeźdźca, mięśnie jego brzucha, biodra i cała postawa powinny rozmawiać z podopiecznym na temat zwalniania tempa, ustalania rytmu i na temat zatrzymywania, a nie na temat inicjowania ruchu. Ciało jeźdźca, mięśnie brzucha, biodra i cała postawa powinny rozmawiać z koniem o tym wszystkim, o czym większość jeźdźców próbuje rozmawiać poprzez zadające ból wodze z wędzidłem.

Tym wywodem dochodzę do konkluzji, że jeździec nie powinien pchać konia biodrami. Nie powinien również pchać łydkami. Sygnał dawny przez jeźdźca łydkami nie powinien też przypominać włączania „pstryczka – elektryczka”, na zasadzie: tu docisnę to pojedzie. Łydki muszą przekazywać informacje, polecenia, prośby i warunki, w ramach których koń powinien wykonać polecenie.

Dlatego język „migowy” ludzko – koński jest i powinien być dużo bogatszy, niż uczą tego instruktorzy (znaczna większość). Te „słowa”, które wzbogacają słownictwo ludzko – końskie, tworzone są poprzez użycie pracujących łydek (nie cisnących) i poprzez współpracę i równoczesne użycie pracujących łydek i ciała jeźdźca oraz wodzy.

Zastanówcie się, o czym powinny informować łydki jeźdźca swojego podopiecznego? Mimo, że koń podpiera się czterema kończynami, to nadal pozostaje podobnym do człowieka, ponieważ, tak jak u nas, „niosące” i napędzające ruch muszą być kończyny „zagnieżdżone” w biodrach. Jeżeli więc jeździec chce, żeby koń prawidłowo ruszył, szedł i przyspieszał, musi mu wyraźnie wskazać, że ruch muszą zainicjować zadnie kończyny. Czyli już mamy na początek dwie informacje i prośby: rusz i zacznij ruch zadnią nogą. Do tego jeździec powinien od razu wyznaczyć łydkami granice ścieżki, po której jego podopieczny będzie podążał – czyli mówiąc prościej pracując łydkami musicie pokazać zwierzęciu czy ma ruszyć na wprost czy wejść od razu w zakręt. Łydki jeźdźca powinny również od razu poprosić o ruch energiczny i sprężysty. Są to informacje, które powinien umieć przekazać koniowi nawet początkujący jeździec. A uwierzcie mi, można tych informacji przekazać podopiecznemu znacznie więcej! Jak myślicie, czy poprzez ściśnięcie boków konia jesteście w stanie przekazać te wszystkie informacje? Czy wciśnięcie pięty między żebra wierzchowca będzie zbiorem tych wszystkich informacji? Czy wzmocnienie działania pięty poprzez założenie ostrogi uzupełni przekaz wysyłany zwierzęciu?

Szukając informacji na temat pracy z wierzchowcem, czy to w szkółkach, czy indywidualnie u instruktorów i trenerów, czy nawet szukając w Internecie, pytajcie o to, jakie informacje należy koniowi przekazać i w konfiguracji z jakimi innymi sygnałami, żeby przekaz był dla zwierzęcia zrozumiały.

Według mnie łydka jeźdźca, która ma do przekazania tyle informacji naraz, musi być serią dotknięć, puknięć i przyłożeń. I to bardzo zróżnicowanych pod względem ekspresji, delikatności, wzmocnień. To zróżnicowanie natomiast powinno być zależne od reakcji zwierzęcia na sygnał, albo od braku odpowiedzi na niego i przyczyn tego braku. Powinno być również zależne od poziomu wyszkolenia konia i jego predyspozycji oraz kondycji.

Olga Drzymała

Zobacz filmik

Stajenne wspomnienia

Barbus i Kama wrzesień 2017 (3)

Fot. Kama Kin

Witam !!!

Czy wyobrażaliście sobie kiedyś jak wyglądałaby Wasza stajnia? Jeśli tak, to z pewnością byliście, bądź jesteście jeźdźcami, trenerami lub pomocnikami w stajni, ponieważ w odniesieniu do poznanej sytuacji buduje się swoje wyobrażenie…

Chciałam opisać Wam wyobrażenie o swojej stajni, którą zbudowałabym w oparciu o wiedzę, którą posiadłam, przebywając w stajniach i rozmawiając z jeźdźcami. Nie będzie to jednak spokojna bajka na dobranoc, ale pozostawi Was pełnych przemyśleń, pytań i mam nadzieję zachęci do konstruktywnej dyskusji.

Zaczynając wspomnienia, podzieliłam właścicieli stajni, którzy czasem są również trenerami na dwie grupy- pierwsza to ci, którzy zawsze chcieli mieć konia, kochają te zwierzęta i świadomie nie chcieliby zrobić im krzywdy. Trzymają koniki przed domem, lub otwierają stajnie i jest ona dla nich jedynym źródłem szczęścia i dochodu. W śród tych osób, znaleźć można również mała podgrupę:

ludzie, którzy również „siedzą po uszy w koniach” i one są dla nich źródłem zarobku, jednak nie traktują ich po przyjacielsku. Wyciskają z nich siły, jak sok z cytryny, a te, które są zbyt zamęczone pracą, wymieniają szybciej niż żarówki w lampach.

Druga grupa, to właściciele stajni, którzy trzymają konie jako „dodatek” np. jako dodatkową rozrywkę dla mieszkańców swoich domków letniskowych czy hoteli. Zatrudniają oni trenera z papierami, aby w razie wypadku zabezpieczyć się i udowodnić, że jazdy prowadziła osoba do tego uprawniona. jednak rzeczywistych umiejętności owego instruktora za bardzo nie sprawdzają. Jeśli klient jest zadowolony to znaczy ze wszystko ok. Można też, znaleźć tu ludzi, którzy po prostu poczuli nagle chęć hodowania koni czy to pod wpływem mody, czy też chęci pokazania, że mam konie. Ewentualnie z chęci całkowitej zmiany życia.

Ci ludzie zazwyczaj nie posiadają odpowiednio dużej wiedzy i doświadczenia w obchodzeniu się z wierzchowcami i często popełniają karygodne błędy. Znam historię, niestety prawdziwą, w której małżeństwo lekarzy postanowiło zmienić całkowicie swoje życie i zająć się hodowlą koni. Zakładając kraty w boksach, zastosowali złą szerokość między nimi i któregoś ranka zastali w stajni martwego konia, z głową zaklinowaną między kratami……Oddalam od siebie tę historię, ale ona wraca co jakiś czas jak bumerang. Zapewne będzie mi ona towarzyszyć do końca życia.

A jak wyglądały stajnie, w których uczyłam się jeździć? Pierwsze kroki stawiałam w stajni, która należała do pierwszej grupy, Właścicielka kochała swoje konie, konie stały w stajni bez krat, przez co mogły poskubać się po grzbietach, powąchać, podkraść sianka czy nawet niegroźnie się pokłócić. Konie potrzebują takiego kontaktu – nie wie o tym ten, kto cały czas ogląda „okratowane” konie. Konie były dobrze odżywione, dostawały dobrą paszę i witaminy, miały zadbane kopytka, posiadały również czyste boksy i wychodziły często na pastwiska. Właścicielka czuwała nad tym, aby konie się nie przepracowywały, miały też w tygodniu jeden dzień wolnego od pracy. Stajnia byłaby bliska ideału, gdyby nie jedna „rysa” – właścicielka i trenerka w jednym starała się uczyć najlepiej jak umiała, jednak była to nauka oparta bardziej na siłowej i mechanicznej jeździe oraz zmuszaniu konia do pracy. Nie była to praca z końmi oparta na porozumieniu i rozwiązywaniu problemów. Powtarzała nam, że koń to nie rzecz, jednak nie wykonywała z nami ćwiczeń by rozluźnić konie, nie mówiła nam o podstawieniu zadu konia. Galopowaliśmy ale na pokrzywionych koniach- dla trenerki nie było to dużym błędem. Dla niej ważne było, że udało się pogalopować, jakość galopu nie miała aż tak dużego znaczenia. Przekonana była, że zad konia ma znaczenie głównie u koni sportowych, dla prywatnych i szkółkowych nie ma to aż takiego znaczenia- a przecież to nie prawda!!!!

Kolejna moja stajnia, należała do drugiej grupy ludzi. Dla właściciela stajni, konie to była tylko atrakcja dodana do domków nad jego jeziorem. Cóż, konie sporo chodziły po padokach i karmione były samą trawą. Ale sama trawa nie starczy koniowi, który startuje w zawodach. Koń podobnie jak człowiek sportowiec, potrzebuje odpowiedniej diety i witamin. Także konie te, choć pękate, były osłabione. Codziennie kręciły się przez wiele godzin po ujeżdżalni lub skakały. Skakały spięte, „twarde” w pysku i znieczulone. Kiedyś właściciel koni powiedział mi, że jeśli nie zacznę bić czasem konia podczas jazdy, to nic nie zdziałam i nic mi się nie uda, po czym wyszedł z ujeżdżalni zostawiając mnie sama z moimi myślami. Po tej jeździe podarłam swój nie do końca wykorzystany karnet i więcej mnie tam nie zobaczył.

Więc, jak wyglądałaby moja stajnia z marzeń po tych doświadczeniach? Jeśli chodzi o opiekę to byłaby odbiciem lustrzanym stajni nr 1, w której zaczynałam naukę. Natomiast co do nauki jazdy…….wprowadziłabym teorię, której w polskich szkółkach jest za mało. Przedstawiłabym początkującym jeźdźcom piramidę umiejętności, które trzeba posiąść, aby przejść do kolejnych etapów jazdy konnej czyli : równowaga, rozluźnienie, podążanie za ruchem konia itp. Wytłumaczyłabym ludziom po co to robimy i do czego dążymy. Każdy jeździec od początku znałby wagę poruszania się konia od zadu i musiałby starać się dążyć do osiągnięcia tego stanu. Młodzi jeźdźcy uczyliby się pracować z końmi na lonży i z ziemi. Raz w miesiącu obowiązkowo byłaby 1-1,5 h teorii, na dany temat, pytania byłyby mile widziane. I wprowadziłabym jeszcze wiele innych aspektów pracy z koniem.

Kochani, kończąc moją wypowiedz – wśród Was, są jeźdźcy i młodzi i tacy z jeździeckim doświadczeniem. Są być może trenerzy, instruktorzy sędziowie startujący dopiero w tych zawodach. Są sędziowie zawodów przyszli i obecni, właściciele stajni lub dzieci właścicieli. Są ludzie którzy właśnie zdali srebrną albo złotą odznakę i ci, którzy dopiero zamierzają „wejść” w jeździecki świat. Zachęcam Was wszystkich do konstruktywnego dialogu, do napisania swoich przemyśleń, oraz odpowiedzi na poniższe pytania: komu według was tak naprawdę zależ na dobrej pracy z koniem? Co powiedzielibyście anonimowej osobie, która chciałaby zatrzymać się na jakimś etapie jeżdżenia, nie chcąc uczyć się dalej ? Czy osoba z większymi i szerszymi aspiracjami ma o nich powiedzieć trenerowi czy lepiej nie, bo zostanie to potraktowane jako podważenie autorytetu? Czy na kursach instruktorskich uczą szacunku do konia włączając w to poszanowanie dla jego delikatnego grzbietu? Czy chcielibyście zmienić coś w Polskim jeździectwie?

Pozdrawiam i czekam na odpowiedzi.

Barbara

Jeździecki elementarz

CO KAŻDY JEŹDZIEC WIEDZIEĆ POWINIEN

cropped-33677187_2073077389636364_2750336274257674240_n.jpg

Fot. Kama Kin

BLOG – MAGAZYN MIŁOŚNIKÓW KONI DLA PRZYSZŁYCH I OBECNYCH MIŁOŚNIKÓW JEŹDZIECTWA.

 

Nazywam się Olga Drzymała i prowadzę blogi o tematyce jeździeckiej: „Pogotowie jeździeckie” i „Taka oto końska historia”. Mam strony i grupy na fb i w google. Dlaczego otwieram więc kolejny blog? Podczas rozmów na istniejących już stronach i grupach, wraz z czytelnikami nieraz poruszaliśmy temat koni szkółkowych. Te rozmowy zawsze kończyły się konkluzją, że tym zwierzętom już nic nie pomoże. Widzę teraz oczami wyobraźni, jak wiele osób czytających ten tekst zastanawia się dlaczego cokolwiek i ktokolwiek ma pomagać szkółkowym koniom? Właśnie w tym blogu chciałabym to wam naświetlić. Oczywiście blog nie będzie się ograniczał do tematu koni szkółkowych i podstaw nauki jazdy konnej. Chcę na tym blogu przekazywać informacje, które pomogą zrozumieć, że jazda konna nie polega na tym, że się wsiada na zwierzę i jedzie. Informacje, które pomogą zrozumieć jaki wpływ na zdrowie konia ma wożenie przez niego człowieka na grzbiecie. Informacje, które pomogą zrozumieć jak pracować z wierzchowcem, żeby to wożenie jeźdźca nie miało negatywnego wpływu na zdrowie zwierzęcia. Informacje, które podpowiedzą wielu nowym adeptom jak powinna wyglądać nauka jazdy konnej. Pewien zarys i pomysł na ten blog dojrzewa w mojej wyobraźni ale podejrzewam, że jego ostateczny kształt będzie efektem tego, co się wydarzy podczas jego prowadzenia. Nie chcę bowiem prowadzić tego bloga sama. Do współpracy zaprosiłam parę osób. Nie wykluczam, że nasze grono będzie się powiększać, jeżeli znajdą się kolejne chętne do współpracy osoby.

Skąd wziął się pomysł stworzenia kolejnego bloga? Zaczęło się od dyskusji na temat pewnego patentu. Rozważaliśmy jego ewentualną przydatność. Wiele głosówsugerowało, że wynalazek może okazać się przydatnym w szkółkach jeździeckich i ulżyć w pracy koniom szkółkowym. Jednak, jak już napisałam we wstępie, rozmowa ta zakończyła się jak zwykle konkluzją, że koniom szkółkowym nic już nie pomoże. Martwi mnie ta konkluzja. Napisałam więc post, który wstawiłam w moich grupach. Przytoczę go tutaj: Prawie każda rozmowa o koniach szkółkowych kończy się konkluzją, że tym zwierzętom nic już nie pomoże. Wczoraj przeczytałam wpis Ewy o koniku, który cały dzień na festynie woził dzieci (oprowadzanie). Po ciężkim dniu pracy dosiadła go jeszcze amazonka i zafundowała skoki przez przeszkodę. Ewa bardzo słusznie zauważyła pisząc komentarz, że tylko edukacja może zmienić los takich koników. Los koników szkółkowych. Pytanie tylko, kogo trzeba edukować i uświadamiać? Ja na pierwszym miejscu postawiłabym na edukację dzieci i dorosłych, którzy zaczynają przygodę jeździecką. To im trzeba powiedzieć jak ta edukacja powinna wyglądać. Jak powinno traktować się konie w szkółkach, a na jakie traktowanie nie powinni się zgadzać. Pomyślałam, żeby stworzyć coś w rodzaju zasad jakie powinny obowiązywać podczas jeździeckiej edukacji. Nie wiem tylko w jakiej formie to zrobić. Wydarzenia? Forum? Tak, żeby każdy mógł dopisać swoje uwagi. Podzielić się refleksjami i spostrzeżeniami. Macie pomysł jak można to zrobić?

Moim zdaniem należałoby zacząć od uświadomienia przyszłych jeźdźców, że idąc do szkółki powinni za każdym razem przygotować konia do jazdy i go po jeździe rozsiodłać. Uczący się jeźdźcy nie powinni godzić się na wsiadanie na osiodłanego już konia i zaraz po tym, jak odbył on już jazdę.

Nie powinni godzić się na jazdę na koniu, który nerwowo rzuca głową. Powinni mieć świadomość, że najczęściej jest to reakcja konia na ból.

Absolutnie nie wolno godzić się na jazdę na koniu, który kuleje.

Ilość godzin pracy konia powinna być ściśle określona. Koń musi mieć zapewnione przerwy między jazdami.

Uważam, że dwutygodniowy kurs instruktora to za mało, by móc dobrze uczyć. Właściciele szkółek powinni zapewniać swoim instruktorom szkolenia.

W szkółkach powinny być organizowane dla jeźdźców zajęcia, na których mogliby uczyć się pracy z ziemi z koniem i sami wykonywać ćwiczenia, które pomogą im świadomie siedzieć w siodle.

Jeden instruktor powinien prowadzić taką ilość par jeździec – koń, by móc poświęcić odpowiednią uwagę wszystkim uczącym się. Np: dwie do czterech par.

***

Mój pomysł spodobał się- nie zabrakło jednak w komentarzach pytań i wątpliwości co do sensowności tego przedsięwzięcia, np.: Obawiam się jednak, że mimo podniesienia edukacji wciąż w Polsce będzie mnóstwo rodzin które będą patrzyły głównie finansowo i zabiorą dzieci do najtańszej stajni i będą przymykać oko nawet jeśli zdadzą sobie sprawę, że coś jest z końmi bardzo nie tak”. W komentarzach pojawiły się historie o wtrącających się rodzicach w edukację jeździecką, o instruktorach, którzy nie potrafią przekazać pasji i miłości do koni i przekazują tylko techniczne aspekty tego sportu, o właścicielach szkółek i koni szkółkowych, dla których ten biznes jest tylko „taśmową produkcją” kolejnych pokoleń jeźdźców.

Odpisałam na te komentarze: „Wiem, że ten blog i taka próba uświadamiania jeźdźców może przynieść niewielkie efekty. Wiem, że tańsze i mające masowy przerób szkółki zawsze będą miały gros klientów. Wiem, że będą „upierdliwi” opiekunowie uczących się dzieci, którzy wiedzą lepiej jak powinna przebiegać lekcja jazdy konnej. Wiem, że nierealne jest stworzenie systemu kontroli szkółek i że nie zmieniamy z dnia na dzień kadry instruktorskiej. Ale „nic nie robienie” tym bardziej tego nie zmieni. Znacie przysłowie: „kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym spadaniem”. Uważam, że warto spróbować podjąć taką inicjatywę”.

Zgadzam się też z wypowiedzią w jednym z komentarzy w mojej grupie, że: Pierwszy klub jeździecki do jakiego trafiamy w swoim jeździeckim życiu jest decydujący. Wzorce jakimi tam przesiąkniemy rzutują na nasze postrzeganie koni, ich traktowanie, podejście do jeździectwa…nie da się niestety wprowadzić równych zasad dla każdego klubu jeździeckiego, bo nie ma siły, instytucji, która mogłaby kontrolować to wszystko, ewentualnie wyciągać konsekwencje. Dobre wzorce, edukacja są potrzebne. Tylko ilu instruktorów, tyle opinii…i jak odnaleźć się w gąszczu informacji?”.

W moim zamyśle ten blog ma być takim miejscem w internecie, gdzie mogłyby się pojawiać opowieści jeźdźców z bagażem jeździeckich doświadczeń, porady instruktorów i trenerów, które być może pomogą odnaleźć się początkującym jeźdźcom w tym gąszczu informacji.

Olga Drzymała